niedziela, 22 lipca 2018

Rozdział 13

  Lesety przewracała się w nocy z boku na bok. Coś jej nie dawało spać. Z jednej strony wróciła do niej obawa, że Johnny znów może ją "odwiedzić". A z drugiej... bardzo piekła ją ręka. Ból był okropny. Dwudziestolatka, wstała z łóżka, zaczynając chodzić po pokoju w tą i z powrotem. Masowała obolałą rękę, ale to nic nie dawało. "Niech mnie cholera weźmie... po co mi było grzebać w tej kopercie..." Chodziła po pomieszczeniu coraz szybciej, zaciskając z bólu zęby. Zdecydowała się pójść do kuchni po lód. Najciszej jak potrafiła otworzyła zamrażarkę, wyciągając z niej woreczek z zamrożonymi kostkami lodu. Usiadła przy stole, przykładając lód do lewej dłoni. Ale nawet już to nic nie dawało. "Przeżyłam przecież gorsze rzeczy. Dam radę! Nie będę się przed nim płaszczyć. Na pewno nie! Nie mogę na to pozwolić." Ale sama do końca nie wierzyła w to, że uda jej się obejść bez błagania o pomoc Horwisa. Oparła czoło o blat stołu, zamykając oczy. Ból stawał się nie do zniesienia, a ona czuła, że ma już mokre policzki...

  Shane widział jakiś kształt, poruszający się między drzewami. Był środek nocy, kiedy las nie jest zbyt bezpiecznym miejscem, ale on był w swoim żywiole. W takich okolicznościach mógł się czuć jak prawdziwy drapieżnik. A on uwielbiał ten dreszczyk emocji, adrenalinę, zapach krwi...  
  Wytężył wszystkie zmysły.  
 - Witaj Horwis - usłyszał złowieszczy szept.
 - Niech zgadnę, kolejny chłoptaś z tej śmiesznej ekipy Colsera?
Zbliżyli się do siebie, stając naprzeciwko. Shane przyjrzał się uważnie swojemu przeciwnikowi. Był mniej więcej tego samego wzrostu co on, dość dobrze zbudowany. Miał czarne włosy, krótko ścięte. Ostre rysy twarzy pasowały do jego ciemnych oczu. Chodził lekko przygarbiony, obnażając kły.
 - Twój pan naprawdę chce, żebym kolejnego z jego szczeniaczków zatłukł na śmierć? Od tego mrozu zamarzł mu mózg czy jak? - rzucił Shane.  
 - Nie bądź taki pewny siebie! Póki co to ostry masz tylko język, skurwielu - warknął  jego przeciwnik.
 - No tak, oczywiście. A ty jesteś po prostu kolejnym z jego frajerów, którego wysłał na śmierć prosto w moje ręce. Równie dobrze mógł ci włożyć dynamit w dupę. Tylko się nie gniewaj, to nic osobistego - parsknął.
Spojrzeli sobie w oczy, jakby rzucali sobie na wzajem wyzwanie. Oboje pewni siebie i swoich możliwości. Tamten rzucił się na Horwisa, chcąc uderzyć go pięścią w żuchwę, ale Shane był szybszy. Uniknął ciosu. Doskoczył do swojego przeciwnika od tyłu. Objął ręką jego szyję, w ten sposób, że łokieć Horwisa znajdował się pod brodą tego drugiego. Ściskał mocno rękę od barku aż po nadgarstek, a brunet próbował uwolnić szyję z jego ucisku, ale bezskutecznie. Po chwili, Horwis, przycisnął jego plecy do drzewa, trzymając rękoma szyję wampira. Mocno wcisnął jego ciało w korę, a potem ciągnął go za szyję w górę  W ten sposób "tarł" jego plecami po drzewie, a na korze zostawała tylko krew wampira. Zawył z bólu.
 - Słuchaj fajtłapo, jak chcesz żyć, to powiesz mi grzecznie, o co chodzi twojemu panu, czego ten pierdolony dziad ode mnie chce? I o co w ogóle w tym wszystkim chodzi? 
 - To ja wolę zdechnąć, niż zdradzić swoich! - wycharczał.
Shane zaśmiał się.
 - Śmierć rozkłada nogi, a ty od razu korzystasz? - parsknął - posłuchaj gnojku, twój szef by dla ciebie placem nie kiwnął, a ty chcesz zdychać dla niego? 
 - Nie twój, cholerny interes  - powiedział ledwo słyszalnie, bo już nie miał siły, gdy Shane pociągnął jego szyję w dół, a w plecy powbijała mu się kora i drzazga. - Colser i tak z tobą wygra.
Ledwo zdążył to powiedzieć, a już po chwili na palcach Shane'a pojawiły się ogromne, ostre jak brzytwa, pazury. W ułamku sekundy wbił rękę w pierś tamtego.
 - Zacznij gadać, tak dla własnego dobra. Bo inaczej wyciągnę z ciebie flaki.
Jednak tamten szedł w zaparte. Shane zaczął obracać wbitą dłoń.
 - Możesz mnie zabić, ale ja swoich nie zdradzę - wycharczał i zaśmiał się na tyle, na ile jeszcze mógł.
Dłoń Horwisa znowu się przekręciła.
 - Proszę bardzo. I przy okazji... zdaje się, że masz syna. Dopilnuję, żeby szybko do ciebie dołączył.
 - Ty sukin... - nie dał rady dokończyć, dyszał ciężko. 
 - Dbam o zachowanie więzi rodzinnych - wyszczerzył kły w triumfalnym uśmiechu. 
 Shane poczuł jak jego przeciwnik traci siły i ulatnia się z niego życie. Zaśmiał się szyderczo pod nosem, gdy wraz z dłonią wyciągnął fragmenty wnętrzności wampira. Strzepnął rękę.
 - Spieprzaj pierdolić się ze śmiercią.
Po wszystkim pojechał do Scarlett.

  Szatynka siedziała właśnie przed lustrem w swoim pokoju, plotąc warkocz ze swoich długich włosów. Horwis wszedł jak zwykle, czyli nieproszony i bez pukania.               
 - Co ty tu robisz o tej porze?
Stanęła naprzeciwko niego, krzyżując ręce na piersi.
 - Mi też miło cię widzieć. Muszę do łazienki - pokazał na brudne od krwi ręce.
Gdy wrócił ona właśnie przebierała się w szorty i luźną koszulkę. 
 - Musimy pogadać - spojrzał na nią stanowczo.
Scarlett wywróciła oczami.
 - O tej godzinie na pewno nie będę z tobą rozmawiać. Przyjdź kiedy indziej na pogaduszki.
 - A co ci przeszkadza o tej porze?
Rzuciła mu zalotne spojrzenie. Zbliżyła się do niego, położyła jedną dłoń na jego klatce piersiowej, drugą przeczesała mu włosy. W mgnieniu oka zniknęła jego stanowczość.
 - No chyba wiesz... - spojrzała mu w oczy - o tej porze mam ochotę na coś innego niż rozmowa.
Wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
 - Ja chyba też - na jego twarzy pojawił się chytry uśmieszek.
Jego dłonie wylądowały na zapięciu jej stanika, a jej przy zapięciu jego paska od spodni. Zajęli się sobą, już bez rozmowy. 

  Tymczasem w rezydencji Horwisów Lesety kręciła się po salonie w tą i z powrotem, masując lewą dłoń. Ból stawał się nie do zniesienia. "Jaka ja byłam głupia. Po licho mi była ta koperta..." Zaciskała zęby i przeklinała co chwila pod nosem.
  Usłyszała dźwięk otwierających się głównych drzwi, a potem ciężkie kroki. Ktoś zbliżał się do salonu. Dwudziestolatka pomyślała, że to Shane pewnie wrócił. Usiadła cicho na sofie, licząc, na to, że nie wejdzie do salonu. Jednak pomyliła się i to w dwóch sprawach...  
 - Jak się masz, moja piękna? Tęskniłaś? 
Uszłyszała szyderczy głos Johnny'ego. Serce zaczęło jej walić jak młotem, poczuła ucisk w żołądku.
 - Czego ode mnie chcesz? - Zaczęła się cofać pod okno.
Johnny zaśmiał się ponuro. Był wysoki, dobrze zbudowany. Miał podłużną twarz i ciemne oczy. Brązowe włosy były elgancko ułożone, potraktowane żelem.
 - Potrzebuję cię, wiesz... - zniżył głos - muszę cię komuś dostarczyć w prezencie. 
Uśmiechnął się złowieszczo. Podeszedł do niej, chwycił za włosy, mocno pociągnął. Zaczęła krzyczeć. Złapał jej koszulkę i rzucił nią o podłogę. Zawyła z bólu.
 - Przestań się drzeć. Nie lubię hałasu - postawił ją do pionu.
 - Zostaw mnie, sukinsynie! - siłowała się z nim.
 - Należysz teraz do mnie. Nie ma Shane'a w pobliżu, ten cały Sebastian też gdzieś wyszedł, jesteś moja. A teraz grzecznie ze mną pójdziesz - zaśmiał się głośno.
Próbowała coś zrobić, ale wszystko było na nic. Objął ją ręką w pasie i siłą prowadził do głównych drzwi. Trzymał ją mocno, zadowolony i pewny siebie.
  I nagle poczuł duży ciężar na sobie, gdy Jack się na niego rzucił, powalając go na podłogę i uwalniając Lesety.
 - Wziąłeś wszystkich pod uwagę tylko nie mnie. A co myślisz, że nie potrafię przywalić takiemu skurczybykowi jak ty?
  Jack ruszał się z trudem, ale miał bardzo dużą siłę. Usiadł okrakiem na swoim przeciwniku, okładając go pięściami po całym ciele. Może i wolno, ale z taką siłą, że bardzo skutecznie.
  Lesety stała obok. Była w tak wielkim szoku, że nie miała pojęcia co myśleć, a co dopiero robić... Jack... Ten Jack, który ledwo z kimkolwiek rozmawiał, który się jąkał, który rzadko wychodził ze swojej piwnicy, który się sam siebie wstydził... Ten Jack w tej chwili spuszczał lanie dryblasowi, któy chciał ją skrzywdzić. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Wcześniej zauważała u niego głównie dużą nieśmiałość i wstydliwość. Ale nie w tamtej chwili...
  Jack podniósł się. Ciężko oddychał. Był zmęczony. Jego przeciwnik stracił dawno przytomność, całą twarz miał we krwi.
  Spojrzeli po sobie niepewnie z Lesety. Ona była w szoku, on musiał się uspokoić.
 - Ja zabiorę go do piwnicy. Zamknę go tam do przyjazdu Shane'a. On będzie wiedział co z nim zrobić.
 - Okay - Lesety pokiwała głową.
"Nie zająkał się." Uśmiechnęła się pod nosem. "Ale skąd ta nagła zmiana?"
 - A nic ci nie zrobił? - Zaczął masować sobie nerwowo szyję.
 - Trochę mnie poobijał o podłogę, ale wszystko jest w porządku - posłała mu szeroki uśmiech - może napijesz się ze mną herbaty?
Oboje potrzebowali chwili wytchnienia, aby się uspokoić. Jack wpatrywał się w podłogę. Wróciła nieśmiałość.
 - Nie, lepiej... nie. Popilnuję go, wskazał głową Johnny'ego. Może.. obudzić się w każdej chwi... chwili - Lesety zauważyła, że znów zaczął się jąkać, jak podczas prawie każdej rozmowy z nią lub kimkolwiek innym, może z wyjątkiem Shane'a. 
Chiał odejść, ale dwudziestolatka złapała go za dłoń.
 - Dziękuję. Znowu pewnie... by mnie zabrali do jakiejś celi.
 - Nie ma sprawy.
Zabrał ze sobą nieprzytomnego wampira i powoli, w swoim tempie, zszedł z nim do piwnicy. Lesety zauważyła, że cały czas masuje sobie dłoń. Nawet tak silne emocje nie były w stanie przytłumić tego bólu. Na dodatek spostrzegła, że dłoń jej się cała trzęsie.
  Minęło trochę czasu i Horwis wrócił do rezydencji. Jack wyszedł z piwnicy i wszystko opowiedział bratu. Siedzieli w pokoju Shane'a. Złodziej Krwi krążył po pokoju przyswajając wszystko co się wydarzyło, podczas jego nieobecności. Układał to sobie w głowie.
 - A gdzie ona teraz jest?
 - Chyba u siebie. 
Shane skrzyżował ręce na piersi i pokiwał głową.
 - Jak ta fujara odzyska przytomność daj mi znać. Już ja się nim zajmę.
Jack pokiwał głową i wrócił do piwnicy.
   Natomiast Horwis skierował się do pokoju Lesety. Nie fatygował się pukaniem, co było w jego stylu. Po prostu wszedł.
  Dwudziestolatka siedziała na łóżku, z plecami opartymi o ścianę. Usiadł obok niej, zapalając papierosa. Lekko się skrzywiła, czując jego ramię przyciśnięte do jej własnego.
 - Wszystko już wiesz - stwierdziła.
Oparła głowę o ścianę. On zrobił to samo. Przymknęła oczy.
 - Wytłumacz mi o co chodzi z twoim bratem. Nie poznawałam go dzisiaj. Znaczy... podczas tej bójki. Nie był taki jak zawsze... Nawet przez chwilę przestał się jąkać. Miał w sobie tyle siły, tyle gniewu.
Shane lekko się uśmiechnął.
 - On tak ma jak na kimś mu zależy. Jeżeli ktoś jest dla niego ważny to potrafi nieźle przyłożyć stając w obronie tego kogoś.W takich chwilach odkłada na bok swoje niedoskonałości, dlatego zachowuje się inaczej. Musiał cię polubić.
Lesety spojrzała na niego nieco zdziwiona, a zarazem z małą satysfakcją, że w jakiś sposób udało jej się zdobyć choć namiastkę sympatii jednego z Horwisów.
  Zapanowała cisza. Jedyny dźwięk jaki się wydobywał to lekkie poruszenie kołdry pod wpływem trzęsącej się dłoni Lesety. Shane od razu to zauważył. Na jego ustach pojawił się chytry uśmieszek.  
 - Widzę, że z rączką jest coraz gorzej. Oj biedaczysko - rzucił ironicznie, śmiejąc się. 
 - Mi jakoś nie jest do śmiechu. 
 - A mnie tam się podoba... że zależysz teraz głównie od moich zachcianek.
 - Słucham?! O co ci chodzi, do cholery?! - rzuciła ze złością.
 - No wiesz. Mogę przywrócić ci sprawność tej dłoni. Sprawić, że minie ten palący ból. No, ale nic za darmo.
Podniósł wysoko brwi i oblizał kły. Przełknęła głośno, a on znowu się zaśmiał. Podobała mu się jej bezbronność w stosunku do niego.
 - Poczekam aż będziesz tak zdesperowana, że sama do mnie przyjdziesz i będziesz gotowa chodzić przede mną naga bylebym tylko ruszył choćby jednym palcem, aby ci pomóc.
Lesety parsknęła niedowierzając w to co słyszy.
 - Po pierwsze cholerny z ciebie cham. A po drugie czy litość z twojej strony byłaby jakimś cudem?
 - E tam od razu cud - machnął ręką z rozbawieniem - okazywanie litości to po prostu pewna granica, którą przekraczam bardzo rzadko. Ale w twoim przypadku, jak na razie, jest poza moim zasięgiem.
 - Jak na razie - powtórzyła za nim - czyli nadzieję mogę mieć. 
 - Wmawiaj sobie - parsknął.
Zaciągnął się papierosem. Lesety obróciła głowę w stronę okna, masując lewą dłoń. 
 - A... On ci coś zrobił? Mam na myśli Johnny'ego.
 - Troszkę mnie tylko poobijał. Ale przeżyłam już o wiele gorsze rzeczy u Alexa.
Shane pokiwał głową w zamyśleniu.
 - Nie wierzę po prostu! Przejmujesz się mną? - roześmiała się. 
 - Jeszcze na głowę nie upadłem - jego usta wykrzywił przebiegły uśmieszek - chcę się upewnić, że nadal to ja jestem twoim największym zagrożeniem.
 - W obszarze mojej przestrzeni osobistej to na pewno.
Kolejny raz wypuścił dym z ust.
 - A co z nim zrobisz? Na razie jest nieprzytomny, ale jak odzyska...
Machnął ręką, przerywając jej.
 - Tak się składa, że on współpracuje z moim wrogiem, niejakim Jasonem Colserem. Więc byłoby mi bardzo na rękę, gdyby powiedział mi co nieco o swoim szefie.
 - Tak po prostu z własnej woli, to on ci nie nie powie - zerknęła na niego ukradkiem, masując bolącą dłoń. 
 - Z biegiem lat zauważyłem, że gdy wampira przywiesi się do góry nogami na gałęzi drzewa, pastwiąc się nad nim nożem i gdzieniegdzie używając ostrza, odcinając mu którąś z kończyn i grożąc obcięcięciem tego co dla faceta jest najcenniejsze, a na dowód, że to nie blef obicinając mu jedno ucho i wyłupując oko, zaczyna mu się jakimś dziwnym trafem rozwiązywać język. Albo wybiera śmierć.
Lesety pokiwała głową, zniesmaczona wizją, którą przedstawił Horwis. Johnny był w końcu kiedyś dla niej ważny... "Ale to już przeszłość. On to przeszłość! Byłam głupia. Zasłużył przecież na karę. Choć nie wiem czy tak bolesną..."
 - Czyli tortury - westchnęła - a co z czytaniem w myślach?
 - Nie biorę tego pod uwagę. Wampiry potrafią chronić to co muszą w umyśle.
Pokiwała głową w zamyśleniu. Shane podniósł się z łóżka, podchodząc do drzwi.
 - Przekaż Sebastianowi, że za kilka dni może być mu dane zobaczyć jak zbierasz swoją godność z podłogi.
 - Nie znasz umiaru w nękaniu mnie, co?
 - Gdy pojawia się umiar kończy się dobra zabawa.
Lesety spojrzała na niego ze złością.  
  - Jak już będziesz chciała odciąć sobie dłoń, to wiesz gdzie mnie znaleźć - figlarnie się uśmiechnął i wyszedł.

                                                                           ******
Cześć kochani. Szmat czasu. No, ale w końcu udało mi się napisać następny rozdział. Chciałabym go zadedykować Nessie. Nie wiem jak Ty to robisz, że znajdujesz dla mnie tyle czasu, choć wiem, że masz mnóstwo własnych spraw. Bardzo to doceniam :D Dziękuję, że tu jesteś, czytasz i komentujesz. Jesteś po prostu kochana <3 Dajesz mi takiego kopa motywacji. 
A co do rozdziału to... ocenę zostawiam Wam.
Chciałam podziękować każdemu kto tu zagląda i czyta, bo to dla mnie ważne. Naprawdę. Więc, jeżeli właśnie to czytasz to wiedz, że z całego serducha jestem Ci wdzięczna za Twój czas i chęci ;D Dziękuję!
Ściskam Was kochani.

























niedziela, 4 marca 2018

Rozdział 12

  Minęło kilka dni od ostatnich wydarzeń. Lucy odpoczywała na kanapie w salonie. Była bardzo zmęczona ostatnimi dniami, bo Will zapewniał jej coraz więcej obowiązków. Jednak mimo tego zmęczenia potrafiła docenić to co Złdoziej Krwi jej dał. W końcu była wolna od wampira, który zmuszał ją do robienia tego czy owego w sypialni. Miała dach nad głową, własny pokój i przy Willu czuła się dość bezpiecznie. Nie znali się jeszcze za dobrze, ale widziała do czego Złodziej Krwi jest zdolny i że potrafiłby ją obronić, gdyby zaszła taka potrzeba.
  Usłyszała pukanie do drzwi, które nie ustawało, tylko z każdą chwilą stawało się coraz głośniejsze i mniej przyjemne dla ucha. Wyszła na korytarz, aby otworzyć. 
 - Ty pokurczu, zafajdany... - Jason Colser zamilkł, widząc przed sobą Lucy - Przepraszam,  a pani to kto?
Ojczym Willa był wściekły. Stał we framudze, mierząc wzrokiem kobietę od góry do dołu.    
 - Dzień dobry panie TY POKURCZU, ZAFAJDANY - rzuciła, podkreślając ostatnie słowa - a ja jestem Lucy, służąca w domu Willa. 
 - Zastałem go? - zapytał oschle.
 - Ta... - Lucy zamyśliła się chwilę - jest u siebie.
Wpuściła go do domu. Colser w nadludzkim tempie pokonał korytarz i salon, kierując się do pokoju przybranego syna. Wpadł do pomieszczenia gwałtownie otwierając drzwi. Rzucił się na Willa, objął rękoma jego szyję i zaczął przyciskać go do podłogi.
  Złodziej Krwi nie rozumiał o co temu chodziło. Musiała minąć chwila zanim zaskoczył i odpowiedział atakiem, wymierzając ojczymowi mocny cios pięścią w nos. Colser puścił szyję Willa, obejmując rękoma twarz. Złodziej Krwi wykorzystał sytuację, wydostając się spod swojego napastnika. Chwycił go obiema rękoma za koszulę, stawiając do pionu. Pchnął go na ścianę z taką siłą, że tamten nie mógł się pozbierać przez dłuższą chwilę. Jason nie docenił siły swojego przybranego syna. Na czworakach wspiął się na łóżko, siadając i opierając czoło o dłonie.
 - Kurwa! Czego ty ode mnie chcesz ?! - Will wrzasnął wściekle. 
 - Zdradziłeś mnie, ty pieprzony gnojku!           
 - O czym ty mówisz? - popatrzył na niego z niedowierzaniem i dezorientacją równocześnie.  
Jason roześmiał się histerycznie i pokręcił głową. 
- Nie rób ze mnie kretyna, Will. Dobrze wiesz o co mi chodzi, gówniarzu.
W Złodzieju Krwi narastała złość. Jason Colser dawał mu kolejne powody, żeby mógł go nienawidzić.
 - Wyobraź sobie, kochany tatulku - rzucił z sarkazmem - że nie wiem co sobie znowu ujebałeś w tej starej łepetynie, ale nie przypominam sobie, żebym zrobił coś nie po twojej myśli.
 - Wczoraj zginął jeden z moich wampirów. Zgadnij z czyich rąk?
Jason zaczął odzyskiwać siły i wstał z łóżka, podchodząc do Willa. 
 - Z rąk Horwisa oczywiście! - Colser zazgrzytał zębami - I zostawił mi pewną bardzo "uprzejmą" wiadomość przy zwłokach. Sam zobacz.
Sięgnął do kieszeni, wyciągając z niej pogniecioną kartkę papieru. Podał ją Willowi.  

Witaj Jason. Wyeliminowałem jednego z twoich najwierniejszych komapnów... Nie spodziewałeś się takiej niespodzianki z mojej strony, prawda? Dowiedziałem się, że nasłałeś na mnie tego swojego szczeniaka, który swoją drogą prosi się o konfrontację ze mną także przez swoje inne wybryki. Chciałeś, żeby dostarczył mnie żywego w twoje ręce. Psiamać! Śmiać mi się chce nawet, gdy to piszę... A więc włączam się do twojej gry. Ten, którego się pozbyłem  za wiele mi nie powiedział, ale któryś z twoich w końcu puści parę z gęby. Już ja tego dopilnuję. Dowiem się w końcu do czego ci jestem potrzebny i co zamierzasz... Pozbędę się każdego z twoich wampirów, wyciągając z nich to, co chcesz przede mną ukryć. A na końcu zniszczę ciebie. Szkoda tylko, że nie masz jaj, by stanąć ze mną twarzą w twarz, sukinsynie!                   
                                                                                            Ale całusów panience nie prześlę,
                                                                                                                                S.Horwis.

Will skończył czytać, oddał kartkę Jasonowi i próbował pozbierać myśli. "Skąd Shane mógł się dowiedzieć? Cholera jasna! A ja przygotowałem już najlepsze noże do walki.. Przecież..."
 - Wytłumaczysz mi skąd on o tym wszystkim wie?
 - Przecież dopiero zacząłem działać! Zbierałem informację w co lub kogo najłatwiej uderzyć, przygotowywałem broń... Ale nikomu nie zdradzałem moich planów. Znasz mnie!
"Nikomu z wyjątkiem Scarlett. Cholera!"
Jason roześmiał mu się prosto w twarz, stając bezpośrednio przed nim.
 - No właśnie. Znam cię i  wiem, że mnie nie cierpisz. Działasz dla mnie tylko ze względu na twoją macochę i kasę, którą ci płacę. Więc jakim problemem byłoby zdradzić mnie przed Horwisem? 
 - Pewnie żadnym. Ale tak jak powiedziałeś, ze względu na Elizabeth... ze względu na nią bym cię nie zdradził. To twoja żona a moja przybrana matka, na którą zawsze mogę liczyć, która dała mi więcej niż ktokolwiek inny. A ja wiem, że jesteś dla niej ważny.
"Dla mnie też kiedyś byłeś" - powiedział w duchu. Ale zaraz się otrząsnął.
   Spojrzeli sobie prosto w oczy. Oboje wściekli, oboje zdeterminowani, wyglądali jakby krew się w nich paliła. Jason przeklął pod nosem i z taką samą gwałtownością jak wcześniej wszedł, teraz opuszczał  pokój Willa.

  Scarlett wracała właśnie do domu po bójce z wampirem, na którego sama napadła niedaleko nad urwiskiem. To było w jej stylu. Napaść, obrabować i wypuścić swoją ofiarę. Od najmłodszych lat ojciec ją szkolił, uczył walczyć, nie odpuszczać i brać co można. W pełni wykorzystywała jego naukę, obrabowując przeciwników, z którymi miała szansę w starciu. Zdawała sobie sprawę, że nie z każdym da sobie radę, więc podchodziła z rozsądkiem do każdego działania, do każdego wybryku.
  Weszła do swojego pokoju, odpinając pasek z pochwami na noże. Wyciągnęła dwa z nich, uśmiechając się pod nosem. To jej nowy nabytek, te dwa noże właśnie zabrała swojej ofierze. Z kieszeni płaszcza wydobyła zegarek, który także dopiero co nabyła.
  Dopiero po chwili zorientowała się, że czuje obcy zapach w swoim pokoju.
 - Ty nigdy nie odpuszczasz, co nie? - Will wyszedł zza szafy.
Spojrzał znacząco na noże  i zegarek.
 - Dalej masz słabość do swoich zachcianek - zaśmiał się pod nosem.
 - Kto cię tu wpuścił? - warknęła.
 - A jakie ma to znacznie?
 - Po cholerę przylazłeś?
Jej głos był szorstki, przepełniony chłodem. Starała się wyprzeć swoje uczucia wobec Willa. 
 - Gdybyś nie zdradziła mnie przed Horwisem nie musiałbym przyłazić.
Scarlett wybuchła śmiechem.
 - Proszę cię! Ja pary z gęby nie puściłam.  
 - Ostatnio jesteście ze sobą blisko. Czemu miałbym ci wierzyć? 
Scarlett parsknęła z niedowierzaniem. 
 - Słuchaj, nie mam pojęcia kto zdradził Shane'owi twoje plany. Mam wiele wad, to prawda, ale jeszcze niedawno pracowałam z tobą ramię w ramię. Nie zrobiłabym tego. Potrafię być lojalna.
 - Nikt poza tobą nie wiedział! - warknął. - A ja teraz mam ci uwierzyć w twoją piękną gadkę szmatkę o lojalności?
 - Nie chcesz to nie wierz! Nie popłaczę się.  
Will położył dłonie na biodrach, krążąc po pokoju w tą i z powrotem. Sam nie wiedział co ma myśleć. Czy mówiła prawdę? Próbował pogrzebać jej w  myślach, ale mu tu uniemożliwiała, wypychając go z własnego umysłu.
 - Przyznaj mi po prostu, że mnie zdradziłaś, do cholery! Przecież tak dobrze się dogadujecie. To nasz przywódca, trzymając z nim możesz wiele zyskać. A ty chciałaś się po prostu wkupić w jego łaski moim kosztem.
 - Daruj sobie. Gdybym chciała wkupić się w jego łaski już dawno bym to zrobiła.
Skrzyżowała ręce na piersi, stając przed Willem.
 - Ale teraz masz idealną okazję. A w dodatku...
Przerwała mu, ciągnąc za bluzę w swoją stronę.
 - Naprawdę myślisz, że wydałabym kogoś, kto... -urwała zdając sobie sprawę z tego co chciała powiedzieć.
 - Kogoś, kto co? - Spojrzał jej w oczy.
 - Jak dokończę to zdanie, ty wyjdziesz bez słowa i będziesz mnie unikał. Obiecaj mi to.
Cały czas patrzyła mu zdecydowanie w oczy. 
 - Czemu ty wszystko musisz komplikować?
 - Obiecasz mi to?
 - Nie.
Scarlett spuściła wzrok. Była na niego wściekła. "Dlaczego on musi wszystko utrudniać?"
 - W takim razie wyjdź! - rzuciła ostro.
Will przyciągnął ją do siebie, bawiąc się jej warkoczem. Spojrzał jej znowu w oczy i ledwo słyszalnie wyszeptał.
 - Kogoś kto jest dla mnie ważny. O to ci chodziło. Ty też jesteś dla mnie ważna, moja mała dziewuszko.
Lekko pocałował jej policzek i już go nie było.


  Lesety dzięki Sebastianowi w końcu miała normalne, kobiece ubrania, a on przy jej pomocy zabrał swoje rzeczy z domu byłej partnerki. Dwudziestolatka czuła, że ma w wampirze sprzymierzeńca i dobrze się przy nim czuła, zresztą ze wzajemnością. Z Jackiem ciężej jej się było dogadać, ale mimo to, próbowała. Robiła wszystko, by się przed nią choć trochę otworzył. I choć to szło jej dość wolno, to przynajmniej nauka czytania i pisania przybierała tempa. A co Shane'a... Lesety starała się go unikać niczym ognia. Tak dla własnego dobra. Wiedziała, że jemu nie może wchodzić w drogę... 
  Dwudziestolatka zrobiła pranie i właśnie zaczęła je rozwieszać na suszarce. W domu Horwisów było specjalne pomieszczenie obok salonu przeznaczone na pranie, suszenie i prasowanie. Więc, poza automatem, suszarką, żelazkiem i deską nic tam nie było.
  Lesety ta czynność, jak każda inna ostatnio, zajmowała znacznie więcej czasu niż normalnie. Lewa dłoń stała się bezużyteczna. Nadal nie mogła nią ruszać, czuła tylko ból, który z dnia na dzień się nasilał. Starała się go ignorować, ale stawało się to dla niej coraz trudniejsze. 
 - A gdzie ten przybłęda?
Lesety aż podskoczyła, gdy usłyszała za plecami głos Shane'a. 
 - Chodzi ci o Sebastiana?
 - No a o kogo może mi chodzić jak nie o tego trutnia, który od jakiegoś czasu zaszczyca nas swoją obecnością?  
 - Wziął twoje auto i pojechał gdzieś, nic więcej nie wiem - spojrzała na niego przelotnie.
Shane zaśmiał się i uniósł znacząco brwi.  
 - A no tak. Raz mu pozwoliłem wziąć samochód, to chyba potraktował to jako umowę na dłuższy czas. Czasami naprawdę myślę, że jak był mały to ptak mu nasrał przez uszy do głowy i to pełni formę jego mózgu.
 - Daruj mu, Shane. Przecież widzisz, że chłopak się miota w swoim życiu.
Horwis skrzyżował ręce na piersi, oparł się o ścianę i obserwował dziewczynę. Lesety poczuła się niezręcznie. "Jeszcze ta jedna dłoń..."
 - Nie prościej by ci było używać obu rąk? - Spojrzał na nią nieco rozbawiony spod uniesionych brwi.
 - Tak... jest dobrze - wyjąkała, nie wiedząc co mu powiedzieć.
Stał tak jeszcze chwilę patrząc się na nią, a potem zbliżył się do niej. Lesety poczuła jak gula podchodzi jej do gardła. Złapał jej lewą dłoń.
 - Zaciśnij palce na mojej dłoni - rozkazał.
 - Nie mogę.
Lesety spuściła głowę, przygryzając wargę. Shane uniósł jej głowę, patrząc chłodno w oczy.
 - Nie możesz ruszyć dłonią? Co się dzieje?
Serce zaczęło jej walić jak młotem. Strach przejął nad nią kontrolę.
 - Nic takiego.
 - Nie złamałaś sobie niczego, prawda?
Jego spojrzenie było nie do wytrzymania.
 - Nie - wyszeptała.
Chciała się od niego odsunąć, ale szarpnął ją w swoją stronę. Zastanowił się chwilę i zaczął rozumieć. Uśmiechnął się złowieszczo pod nosem.
 - Powinien być jeszcze ból. Boli jak cholera, prawda? - poczuła na policzkach jego lodowaty oddech.
Pokiwała twierdząco głową.  
 - Po licho ruszasz moje rzeczy? - warknął.
 - Przepraszam.
 - Teraz zapłacisz za swoją ciekawość. Jeszcze trochę pozwolę ci się pomęczyć z tą dłonią. Aż ból zacznie cię palić - spojrzał jej głęboko w oczy z pewnym siebie uśmieszkiem na ustach.    
 - To ma być forma nauczki?
 - A co myślałaś? Że puszczę ci to płazem?
 - Jak sobie chcesz - oderwała od niego wzrok.
 - Pogadamy za kilka dni, kiedy przez ból nie będziesz mogła jeść, spać, nawet swobodnie myśleć, bo cierpienie wszystko przytłumi. 
Odsunął się od niej. Lesety wyrwała się z zamyślenia i dalej wieszała pranie.
 - Tylko pamiętaj - nachylił się nad nią i zaczął szeptać do ucha - to co zrobiłem z kopertą to jedna z moich nadludzkich sztuczek. I tylko ja potrafię odwrócić to, co stało się z twoją dłonią.
Lesety przełknęła głośno. 
 - Znowu mam cię w garści - zaśmiał się. 
Została sama.



Cześć :) No i udało się. Jest 4 marca i jest rozdział. A szczerze, to przez ostatnie kilka dni naprawdę wątpiłam, czy mi się uda. Trzymajcie się kochani, ściskam Was wszystkich ;) 




  





                            
                                                                       









niedziela, 14 stycznia 2018

Notka informacyjna.

Cześć Wam :D
Wchodzę tutaj tak rzadko, że aż mi wstyd... Wiem, że rozdziały pojawiają się tutaj raz na jakiś czas i z tego powodu bardzo mi głupio. Bo bardzo zależy mi na Was i na tym opowiadaniu. Szanuję każdą osobę, która tutaj zagląda i czas, który poświęca. Bardzo mi zależy na każdym z Was, więc chciałam powiedzieć, że następny rozdział pojawi się najprawdopodobniej na początku marca. Na sto procent nie mogę tego obiecać, ale postaram się zrobić wszystko, żeby tak było :) A piszę ten post, bo chcę, żebyście wiedzieli, że jesteście dla mnie ważni  i chcę być wobec Was w porządku.
Trzymajcie się kochani ;*
Do napisania.

czwartek, 21 września 2017

Rozdział 11

  Minęło kilka dni od ostatnich wydarzeń. Jednak z dłonią Lesety było coraz gorzej. Nie mogła w ogóle nią ruszać, palce nie chciały ani drgnąć, choć starała się z całych sił. Był jeszcze ból, który pojawiał się i znikał na zmianę. Dwudziestolatka nie miała pojęcia co z tym zrobić. Bała się komuś o tym powiedzieć, bo wiedziała, że musiałaby przyznać się do próby otwarcia tajemniczej koperty. A na myśl o reakcji Shane'a, gdyby się o tym dowiedział, jej żołądek zamieniał się w supeł. 
 Ostatnie dni mijały jej dość szybko. Zaczęła się już przyzwyczajać do domu Horwisa. Jednak nadal pamiętała zgrzyt łańcuchów, które towarzyszyły jej w celi. Na nadgarstkach miała zarysowane obręcze od kajdan, które zakładał jej Alex. Przyglądała im się. Wiedziała, że te ślady już nigdy nie znikną i przez resztę życia będą jej przypominać, że tak naprawdę nigdy nie była wolna. W domu Horwisa bardzo rzadko pozwalała sobie na takie refleksje. Bała się nad sobą użalać, bo wiedziała, że Shane nie lubi słabych... Wręcz gardzi nimi. W dodatku te wspomnienia ją bolały, więc wracała do nich myślami, ale najrzadziej jak tylko dawała radę. Jednak to wszystko przez co przeszła zostawiło na niej trwały ślad. Ciężko jej było komuś w pełni zaufać. Nie znała też wielu rzeczy, a niektóre niedawno dopiero widziała po raz pierwszy w życiu choć miała już dwadzieścia lat. Alex bardzo ją skrzwydził trzymając ją w celi. I bardzo często to odczuwała.
  Obawiała się także, że Johnny może się u niej zjawić. Czasami, gdy siedziała sama w pokoju zerkała niespokojnie na okno, żeby się upewnić, że na zewnątrz nikogo nie ma. Jednak od ostatniego incydentu wampir jakby jej odpuścił i nie zjawiał się.  Bardzo ją to cieszyło, ale miała też lekką obawę, czy on, aby nie chce uśpić jej czujności...
  Lesety nie mogła znaleźć dla siebie miejsca więc wzięła się za wkładanie naczyń do zmywarki. Przez to, że nie mogła używać jednej dłoni, to zajęcie zajmowało jej sporo czasu, ale nie  narzekała. I tak szukała dla siebie zajęcia. Kucharka, która do tej pory zajmowała się gotowaniem obiadów i sprzątaniem w kuchni odeszła z pracy, tłumacząc się wyjazdem do ukochanego, który mieszka szmat czasu od domu Horwisa. Więc od kilku dni przygotowywaniem obiadów zajmował się Sebastian, przy okazji szkoląc Lesety. Trzeba było przyznać, że gotowanie szło mu całkiem nieźle i był dość dobrym nauczycielem dla dziewczyny. Nie mogła robić wszystkich rzeczy przez dłoń, którą nie mogła ruszyć. Powiedziała Sebastianowi, że mocno się uderzyła i ją teraz boli. Widziała, że jej nie uwierzył, ale nie wnikał w sprawę. I za to lubiła go jeszcze bardziej.
  W pewnej chwili usłyszała kroki. Odwróciła się od zlewu.
 - Cześć piękna, mam dla ciebie pewną propozycję - zobaczyła Sebastiana opierającego się bokiem o blat szafki.
 - Tak?
Uśmiechnęła się do niego.
 - Pożyczę od Shane'a samochód i pojedziemy kupić ci trochę ciuchów. Bo... Z całym szacunkiem moja droga, ale już nie mogę patrzeć jak cały czas chodzisz w starych, męskich ubraniach.
Lesety uważnie mu się przyjrzała. Kąciku jej ust lekko uniosły się w górę.
 - W zamian za?
 - Pojedziesz też ze mną do mojego dawnego domu i pomożesz mi zabrać resztę moich rzeczy. Nie chcę się widzieć sam na sam z moją byłą.
Lesety zaśmiała się.
 - Okay, zgoda.
 - Pogadam z Horwisem i pojedziemy jutro - puścił do niej oko.
"Jeżeli Shane się zgodzi, oczywiście" - pomyślała. 

  Dom Scarlett i jej rodziny był starą i okazałą budowlą. Posiadał parter i dwa piętra. Miał co najmniej kilka wejść, a z każdej sypialni wychodził balkon posiadający ornamenty roślinne. Na parterze znajdowała się kuchnia, dwa ogromne salony, okazała łazienka i wyjście na taras. Na piętrach znajdowały się sypialnie. Każda z nich urządzona według upodobań właściciela.
 Scarlett mieszkała z matką, dziadkami, kuzynostwem i trojgiem rodzeństwa, z którego ona była najmłodsza. Jej ojciec zginął, gdy miała siedemnaście lat, podczas walki, które toczyły między sobą rody wampirów. Oddał życie w obronie całej rodziny Johnson. Za to Scarlett go podziwiała. Zawsze słuchała tego co do niej mówił, a jego rady brała sobie mocno do serca. Bardzo go szanowała i nawet, gdy na nią krzyczał, podniósł rękę lub dał karę nie sprzeciwiała się. Czuła, że robi to dla jej dobra, że uczy ją żyć. Wszczepił jej także pewną zasadę, której trzymała się kurczowo jak każdej innej, którą jej ustalił. "Nie kochaj nikogo poza rodziną. Nigdy! Nie masz prawa się zakochać. Miłość sprawi, że staniesz się słaba, że chłopiec któremu się oddasz będzie mógł pogruchotać ci kości i napluć w twarz, a ty nic z tym nie zrobisz" - tak jej powtarzał przez kilka lat. Scarlett wzięła tą naukę do siebie i trzymała się jej najbardziej jak tylko mogła. Wiedziała, że jej ojciec kochał swoją rodzinę ponad wszystko, ale z matką ożenił się tylko po to, aby założyć tą rodzinę. Jej rodzice się ze sobą przyjaźnili, ale się nie kochali. Szanowali się, ale nic poza tym. Tata Scarlett jeszcze przed śmiercią pozwolił córce wyjść w przyszłości za mąż, ale tylko za mężczyznę, którego wybierze dla niej rodzina. Chciał, aby związała się z kimś z rozsądku, po to aby mieć dzieci, ale nie chciał pozwolić na to, aby wiązała się z kimś z miłości. "Masz być silna dla siebie, a w przyszłości dla swoich dzieci. Nie dla jakiegoś chłopca. Wyjdziesz za mąż za tego, który umocni nasz ród, a nie za tego, który zawróci ci w głowie." - Miała te słowa wyryte w pamięci niczym wyuczony wiersz. I dobrze wiedziała, że ojciec przed śmiercią wraz z rodziną wybrali już jej kandydata na męża. Tylko nie wiedziała jeszcze kogo. I nie spieszyło jej się, aby się dowiedzieć. "W końcu, tak jak tato mówił, ten śłub to tylko przyszła formalność, nic poza układem i wzmocnieniem rodziny Johnos." - To także miała wyryrte na blachę.
  Scarlett siedziała na kanapie w salonie, naprzeciwko Shane'a Horwisa. Oddzielał ich od siebie stolik ze szklanym blatem.
 - Czego ode mnie chcesz, Horwis?
 - Słyszałem, że współpracujesz z młodym Colserem - obnażył kły, wypowiadając to nazwisko.
 - Masz na myśli Willa?
Shane pokiwał lekko głową. Uważnie przyglądał się swojej rozmówczyni. Nie mógł sobie pozwolić na przeoczenie jakiegokolwiek szczegółu w jej zachowaniu.
 - Owszem, może pomagałam mu kilka razy w jakichś działaniach, ale możesz być spokojny, mój drogi. To już przeszłość. Wiem, że to twój wróg...
Przerwał jej machnięciem ręki.
 - Pomińmy szczegóły mojej zażyłej przyjaźni z twoim chłopczykiem - jego usta wykrzywiły się w cynicznym grymasie, a w jego głosie pobrzmiewał sarkazm.
 - Nie nazywaj go moim chłopczykiem, Horwis - warknęła - Nigdy!  
Shane zaśmiał się drwiąco.
 - Mam uwierzyć, że pomagałaś mu z dobrego serduszka czy z nudy? - Uniósł znacząco brwi, a na jego ustach błąkał się kpiący uśmieszek.
 - Płacił mi za zlecenia! - Warknęła przez zaciśnięte zęby.
Wiedziała, że Horwis nie może się dowiedzieć, że Will chce go schwytać, bo miałaby z tego spore kłopoty. Dlatego musiała dokładnie chować swoje myśli w razie, gdyby Shane'owi przyszło do głowy szukać czegoś w jej umyśle.   
 - Ach tak. A za twoją bliskość też ci płacił?
 - O co ci chodzi, do cholery? - Krzyknęła.
 - Nie udawaj. Nie wierzę, że tylko razem pracowaliście. Trzymałaś się z nim blisko, bo namieszał ci w głowie, co? - Shane splótł dłonie za głową i odchylił się w tył na oparcie kanapy.
Zauważył, że na wspomnienie o Willu Colserze zabłysły jej oczy. A im dłużej o nim rozmawiali tym więcej dziewczyna bawiła się kawałkiem koszuli, byle tylko ukryć lekkie drżenie rąk.
 - Czyżby serduszko kogoś tak wyrachowanego jak ty zabiło szybciej? - W jego glosie było słychać drwinę.
"Tak, zabiło szybciej. Ale nigdy się do tego nie przyznam. Przed nikim, a szczególnie nie przed Horwisem. Tym bardziej nie przed Willem..."

Jessica zaparkowała pod domem Horwisa. Chciała się z nim zobaczyć, porozmawiać. Już od kilku dni nie miała z nim żadnego kontaktu. I choć obiecała sobie, że w końcu odpuści, że da sobie z nim spokój, to nie mogła wytrzymać. Potrzebowała z nim rozmowy, potrzebowała spojrzeć mu w oczy. Wiedziała, że będzie cierpieć, bo Shane nie dawał im szansy. Czuła, że zachowuje się co najmniej irracjonalnie, że źle podchodzi do sprawy. Tylko, że nie potrafiła tak łatwo zapomnieć o Horwisie. W dodatku miała mu do przekazania ważną informację, którą wykorzystała jako pretekst, aby spotkać się z przywódcą Złodzeji Krwi i zwykłych wampirów.
Drzwi otworzył jej Sebastian. Shane jeszcze nie wrócił od Scarlett.
 - Cze... - Urwała w pół słowa, gdy zobaczyła przed sobą jej towarzysza z zaręczyn u Thomasa i Hope - Co ty tu robisz, do cholery?!
Pamiętała, że ich wspólnie spędzony czas na zaręczynach skończył się ostrą kłótnią. Dlatego, gdy zobaczyła Sebastiana poczuła się jakby ktoś poraził ją prądem.
 - Tymczasowo mieszkam, a ty jesteś do bólu miła, moja droga - zakpił z niej.
Spojrzała na niego gniewnym i ostrym wzrokiem.
 - Przyszłam do Shane'a. Nie wpuścisz mnie? 
 - Shane'a nie ma - rzucił w nadzieji, że brunetka odejdzie.
Nie chciał po raz kolejny się z nią kłócić.
 - Poczekam na niego - staksowała go wzrokiem, licząc, że w końcu zaprosi ją do środka.
Gdy tego nie zrobił parsknęła ze słością i wepchnęła się obok niego do środka.
 - Dżentelmen jakich mało! - Rzuciła sarkastycznie do niego, idąc w stronę salonu.
Sebastian uniósł oczy ku górze, modląc się, aby kobieta zniknęła, gdy tylko spuści wzrok. W salonie na kanapie Lesety siedziała z Jackiem, ucząc go czytać i pisać. Oboje wstali, gdy zobaczyli Jessicę i Sebastiana. Wampir przeciągnął się i przerwócił oczami.
 - Skoro Horwisa nie ma to jestem zmuszony przejąć jego funkcję - westchnął teatralnie - poznajcie się. To Jessica, siostra Thomasa czyli kumpla Shane'a. A to Lesety, też tu mieszka. 
Kobiety podały sobie dłonie. Lesety lekko się uśmiechnęła, ale czuła się niepewnie w takiej sytuacji. Na twarzy brunetki też pojawił się uśmiech, ale był wymuszony. Jack w tym czasie zdążył się ulotnić. Nie znosił przebywać w towarzystwie. Czuł się dobrze tylko przy swoim bracie, przy Lesety i zaczął nabierać zaufania również do Sebastiana. Ale, gdy na horyzoncie pojawił się ktokowiek inny, od razu uciekał.
 - To ja zaparzę herbaty - blondynka zasicnęła usta i szybkim krokiem skierowała się do kuchni.
 - Masz pięć minut, Les - warknął Sebastian.
Jessica usiadła wygodnie na kanapie.
 - Czyżbyś bał się przebywać ze mną sam na sam? - Roześmiała się z drwiną.
Wampir stanął na przeciwko niej z rękoma skrzyżowanymi na piersi. 
 - Z takimi jak ty róznie bywa. Nie oszukujmy się. Masz coś nie tak z garem - powiedział to z prędkością światła. - A w dodaku masz też problem z oczami, bo tak dziwnie się na mnie gapisz - jego usta wykrzywiły się w grymasie.
 - Tak mam od patrzenia na twoją twarz - rzuciła ripostę - i odsuń się ode mnie w końcu, bo jeszcze wryjesz mi się w pamięć, a naprawdę szkoda mi w niej dla ciebie miejsca.
Patrzyli sobie zawzięcie w oczy.
 - Pójdę po te herbaty, przy okazji zastanowię się czy podać ci cukier czy trutkę - na jego twarzy pojawił się chytry uśmieszek.
Po chwili wrócił razem z Lesety i trzema herbatami.
 - Mój brat, Thomas, wspominał mi o tobie. Byłaś wzięźniem Alexa, prawda? - Jessica zagadnęła, chciała uniknąć kolejnej potyczki słownej z Sebastianem.
Jednak gorzej tematu nie mogła wybrać.
 - Tak, ale... To już było. Nie rozmawiajmy o tym - Lesety spojrzała na nią błagalnie, chcąc nie poruszać tego tematu.
Za wiele ją to kosztowało. Jessica wykazała się odwagą, ale też lekkomyślnością tym, że w tak prosty sposób poruszyła sprawę, która była dla Lesety naprawdę trudna.
   Zapadła cisza, którą przerwał warkot silnika. Shane wrócił. Jessica wzięła łyk gorącej herbaty. Czuła, że zaczyna boleć ją brzuch ze zdenerwowania. Dłonie jej drżały. Zawsze tak miała przed rozmową z Horwisem. Zbyt wiele dla niej znaczył, aby z dnia na dzień mogła go traktować jak każdego innego mężczyznę.
  Shane po wejściu do salonu zmierzył wzrokiem całą trojkę siedzącą na kanapie. Wszyscy milczeli.
 - Zamroczyło was czy języki wam poodcinali? - Warknął kąśliwie Horwis. 
Sebastian zachrząkał i oczy wszystkich zwróciły się w jego stronę
 - Jak widzisz mamy w domu intruza - wskazał ręką na Jessicę - więc chyba już rozumiesz nasze jakże niefortunne położenie.
 - Skończysz marnie, mój drogi! - Warknęła brunetka.   
 - Oj - cmoknął - bez wątpienia ty jeszcze gorzej. Ja się ulatniam - puścił oko do Lesety i czmychnął z salonu.
Shane roześmiał się. Zajął miejsce na kanapie pomiędzy obiema kobietami. Lesety zastanawiała się jak w najłatwiejszy sposób opuścić salon.
 - Chciałam z tobą porozmawiać, ale bez świadków - Jessica dotknęła delikatnie dłoni Shane'a.
"Jak dobrze" - pomyślała Lesety.
 - To nie jest dobry pomysł, Jess - spojrzał na nią dość surowo.
Znowu mu się narzucała. I wkurzało go to coraz mocniej. Musiał postawić sprawę jasno. Była siostrą Thomas'a, jego kumpla. Nie mógł robić jej fałszywych nadziei. Nie chciał być dla niej też zbyt okrutny ze względu na Thomas'a. I dlatego nie do końca też wiedział jak ma z nią postępować.
 - Mam ci coś ważnego do powiedzenia - mówiła dość stanowczo, choć on odbierał jej dużo pewności siebie.
Lesety podniosła się z kanapy, kierując w stronę wyjścia, ale w ostatniej chwili Shane złapał jej dłoń, ciągnąc z powrotem.
 - Usiądź - nakazał stanowczo - nie pozwoliłem ci wyjść - spojrzał jej twardo w oczy.
Lesety przęknęła głośno. W Jessice rosła złość. Znowu siedziały obok siebie na kanapie. Shane stanął na przeciwko brunetki, krzyżując ręce na piersi. 
 - Mówisz teraz, albo w ogóle nie mówisz - postawił jej warunek.   
"Zależało mi na tym żebyśmy zostali sami" - pomyślała Jessica. "Dlaczego zakochałam się akurat w tym durniu? Dlaczego jest taki a nie inny?" Rozczarowało ją zachowanie Horwisa. Choć wiedziała, że na wiele liczyć nie może, to ciągle miała nadzieję.
 - Skoro tak stawiasz sprawę - zebrała w sobie całą pewność siebie, która jej pozostała i całą stanowczość, aby jej głos brzmiał obojętnie - Mój brat i Hope wyprowadzają się. Jutro już ich tu nie będzie. A dzisiaj wieczorem przyjadą się z tobą pożegnać. To znaczy... Nie wiem czy Hope przyjedzie, ale Thomas na pewno.
Shane podszedł do okna, aby nie być blisko z Jess.
 - Dlaczego się wyprowadzają?
 - Zaręczyli się. Niedługo wezmą śłub. Chcą... Chcą ułożyć sobie życie daleko stąd, bliżej rodziny Hope, aby mogli liczyć na ich pomoc w przyszłości, jeśli będą jej potrzebować. Wiesz niedługo taka pomoc może być im niezbędna, gdy pojawią się dzieci. A prędzej czy później pewnie się pojawią.
Jesscia spojrzała na Horwisa, który był odwrócony do niej plecami i nieobecnym wzrokiem patrzył na dwór przez szybę w oknie.      
  - Thomas cię przysłał, żebyś mnie poinformiwała o ich wyjeździe? Powiedziałaś przecież, że przyjedzie wieczorem. Co za różnica czy dowiedziabym się o tym teraz od ciebie czy za kilka godzin od niego? - Popatrzył na nią, a w jego spojrzeniu była pewna przebiegłość, która przyprawiła Jessicę o ciarki.
Spuściła wzrok. Lesety siedziała obok niej w milczeniu, obserwując całą sytuację.
 - To był twój pretekst, żeby tu przyjechać - parsknął - mówiłem ci już coś na te temat.
 - Myślisz, że tak łatwo mi jest o tobie zapomnieć?  - Krzyknęła, stając z kanapy.  
Obrócił się twarzą do niej i spojrzał na brunetkę niewzruszony. 
 - Nie mam pojęcia jak mam z tobą postępować - rozłożył ręce i uniósł brwi. 
 - Ale dobrze wiesz jak postępować ze Scarlett - rzuciła kąśliwie, ocierając pierwsze łzy.
Patrzyli na siebie przez chwilę. Gdy nic nie powiedział parsknęła histerycznym śmiechem i wyszła z salonu. Było słychać trzask zamykanych drzwi i to jak z impetem ruszyła z podjazdu.
 - Kurwa! - Warknął Shane, waląc pięścią w parapet. 
 - To nie jest jej wina, że jesteś dla niej ważny - powiedziała Lesety - niszczysz ją, a nawet tego nie zauważasz - parsknęła.
Horwis podszedł do niej. Położył dłonie na oparciu kanapy, po obu stronach jej głowy. Nachylił się nad nią. Jego twarz znajdowała się na wysokości jej twarzy, dzieliło ich zaledwie kilka centymetrów.
 - Ty nie za wiele sobie pozwalasz? - Patrzył jej w oczy, a jego głos był ostry, trochę chrypliwy, co sprawiło, że serce Lesety zaczęło walić jak młotem.
 - Przepraszam - wyszeptała, spuszczając wzrok.
Była na niego wściekła za to jak traktował innych, ale nie miała odwagi mu się postawić. Bała się go, po prostu.  Złapał dwoma palcami jej brodę, unosząc do góry. Nie miała wyjścia. Musiała patrzeć mu prosto w oczy. Uśmiechnął się figlarnie. 
 - W dalszym ciągu nie wiem co mam z tobą zrobić, znajdo - przejechał wierzchem dłoni po jej policzku i szyi.
Lesety zaczęła drżeć ze strachu. 
 - Jak ja mam z tobą rozmawiać, skoro trzęsiesz się przede mną jak osika... - Westchnął, wywracając oczami.    
 - Myślę, że... Powinieneś być - przełknęła ślinę - nieco łagodniejszy dla Jessici.
 - To moja sprawa jak z nią postępuję - cały czas patrzył jej w oczy.
Okręcił sobie pasmo jej blond włosów wokół palca. 
 - Seba? Chodź tu, ty darmozjadzie! - Odsunął się od Lesety, ale nie spuszczając z niej wzroku.
Sebastian wbiegł do salonu.
 - Siadaj! - Shane wskazał mu ręką miejsce obok dwudziestolatki,
Tamten usiadł nieco zdezorientowany. Spojrzeli na siebie z Lesety z widocznym na ich twarzach zdziwieniem.
 - Dziś wieczorem Thomas prawdopodobnie z Hope przyjadą się ze mną pożegnać. Przydajcie się na coś i zróbcie coś dobrego do jedzenia.
 - Oczywiście, szefie. Nasza dwójka jest niezawodna - powiedział, opierając się łokciem o ramię Lesety.
 - Tak samo niezawodna jak prezerwatywy twojego ojca, a jednak proszę, istniejesz - Shane uniósł brwi i drwiąco się uśmiechnął. 
 - Grabisz sobie, przyjacielu.
Horwis wyciągnął paczkę papierosów z kieszeni, zapalając jednego.
 - Do roboty! I to ma być jadalne - rzucił im, wychodząc na dwór.

Dzień dobry :D Trochę czasu minęło, odkąd tu byłam po raz ostatni. To przez to, że za dużo na siebie wzięłam. No i trochę mi się w życiu namieszało. Dobra, ale dosyć o mnie. 
Nie chcę się wypowiadać na temat tego rozdziału, bo... Jakoś nie potrafię.  Po prostu nie mam o nim określonego zdania. Z jednej strony mi się podoba, ale z drugiej jakby czegoś brakowało.
Cieszę się, kochani, że Was tu mam :>  Każda osoba jest dla mnie bardzo ważna.
Ściskam Was.































niedziela, 18 czerwca 2017

Rozdział 10

  Lesety leżała na sofie w salonie, choć już nie spała. Zresztą, tej nocy i tak mało co udało jej się przespać. Spojrzała na zegarek było kilka minut po szóstej. Usiadła na łóżku, gdy nagle poczuła, że dostaje czymś w twarz. Wzięła w dłonie materiał, który został na nią rzucony. Po dokładnych oględzinach uświadomiła sobie, że ma w rękach męski, szary płaszcz.
 - Ubieraj się, wychodzimy - usłyszała rozkaz z ust Shane'a.
 - Jest trochę wcześnie - skrzywiła się.
Nie miała ochoty wychodzić na zewnątrz o tej porze.
 - Wisisz mi pewne wyjaśnienia, już nie pamiętasz?
Horwis stanął przed nią, krzyżując ręce na piersi i wbijając w nią wzrok, który mówił, że nie ma wyjścia i musi spełnić jego rozkaz. Lesety wstała z sofy, wynosząc pościel do swojego pokoju.
 - Skoro się upierasz to chodźmy - wymamrotała.
Złodziej Krwi przyglądał się jak składa prześcieradło i kołdrę w swoim pokoju, a następnie wkłada na siebie podany jej płaszcz. Widział grymas niezadowolenia na jej twarzy. Nie miała ochoty wstawać tak wcześnie i od razu wychodzić na zimno. "Chętnie wyjdę, ale później..." - Pomyślała, ale widząc surowy wyraz twarzy Horwisa, wolała mu się nie sprzeciwiać.
  Szli obok siebie przez las. Lesety wbiła ręce w kieszenie płaszcza, aby nie zmarzły jej dłonie. Przez całą drogę miała spuszczoną głowę, aby tylko nie musieć patrzeć na Shane'a.
 - A więc?  - Spojrzał na nią badawczo - co przede mną ukrywasz? 
Lesety wzięła głęboki oddech.
 - Ja... Ja - zająkała się - znam tego wampira, który w nocy mnie wystraszył. Ma na imię Johnny. To młodszy brat Alexa.
Zapadła chwila ciszy. Lesety poczuła jak zimno atakuje jej policzki.
 - Coś mi mówi, że to dłuższa historia. Nie mam zamiaru nadwyrężać nóg - parsknął Shane.
Usiadł na wielkim pieńku po czym wskazał jej miejsce obok siebie. Stykali się ramionami.
 - Dla jasności, chcę wiedzieć wszystko od początku - spojrzał na nią ostrym wzrokiem.
Pokiwała głową, rozumiejąc że nie może nic przed nim zataić. Wzięła głęboki wdech, a potem zaczęła.
 - Po raz pierwszy spotkałam go trzy lata temu. Przyszedł do mojej celi. Mówił, że wrócił do domu z bardzo daleka. Był dla mnie wtedy miły, nawet bardzo. Zaczął przychodzić do mnie codziennie. Rozmawialiśmy o wszystkim o czym się dało. Przynosił mi jedzenie, gdy widział, że Alex mnie głodzi. Załatwiał dla mnie książki, które mogłam czytać w tajemnicy przed jego starszym bratem. A potem... - Lesety wzięła kolejny głęboki wdech - chciał mojej krwi. A ja mu na to pozwoliłam. I od chwili, gdy po raz pierwszy się jej napił coś się zmieniło. Zaczął przychodzić o wiele rzadziej, ale za każdym razem chciał, żebym go nakarmiła. Nagle przestał ze mną rozmawiać tak jak wcześniej. Stał się zimny i opryskliwy. Zaczął przychodzić tylko po moją krew. A ja jak głupia zawsze czekałam, żeby tylko się ze mną zobaczył.
Horwis westchnął i popatrzył na nią nieco zdezorientowany.
 - Jeżeli zaczął cię tylko wykorzystywać to dlaczego mu pozwalałaś na to, żeby pił? I czemu chciałaś, żeby przychodził?
Lesety zarumieniła się, wbijając wzrok w śnieg.
 - Bo... byłam... nim zauroczona.
Dwudziestolatce po tych słowach zrobiło się tak głupio, że miała ochotę zapaść się pod ziemię. Po kilku minutach w końcu przemogła się, żeby mówić dalej.
 - A on  najzwyczajniej w świecie taki miał plan od samego początku. Był dla mnie miły, troszczył się o mnie, tylko dlatego, aby potem mnie wykorzystać. Od samego początku chciał mnie omamić i udało mu się. A potem... Przestał udawać i pokazał swoją prawdziwą twarz. Tak zwyczajnie - parsknęła sarkastycznie.
Pokręciła głową niedowierzając jaka była głupia.
 - Gdy Alex się o wszystkim dowiedział to razem ze swoim synem spuścili mu łomot i wygonili z domu. Alex nie godził się na to, aby ktoś poza nim pił moją krew. Nie widziałam Johnny'ego od jakiegoś roku aż do dzisiejszej nocy.  
Shane wbił dłonie w kieszenie spodni i zmarszczył brwi. Musiał sobie to wszystko poukładać w głowie.
 - Pamiętasz co ci kiedyś powiedziałam? Jeśli ktoś dobrze udaje, to ten drugi jest bezbronny.
Shane pokiwał głową w zamyśleniu.
 - Czyli cię uwiódł? - Spojrzał na nią, chcąc wychwycić jej reakcję.
Lesety przygryzła dolną wargę. Czuła się jeszcze bardziej zawstydzona.
 - Można tak powiedzieć. 
Zapadła kilkuminutowa cisza. Horwis analizował to czego się dowiedział, a Lesety próbowała pozbyć się wstydu, który ją ogarniał. Zaczęła bawić się kosmykiem włosów. Ukradkowo na niego spojrzała, ale Shane zdążył zarejestrować to spojrzenie. 
 - Głupia byłam co?  - Wyszeptała. 
 - Naiwna - skwitował, patrząc jej w oczy - ale tak bywa.
Oboje wstali z pieńka. Horwis przyglądał się jej uważnie.
 - A co jeśli on nie odpuści? I dalej będzie mnie nękał... - spojrzała na niego nieco niepewnie.
 - Boisz się go, co?
Pokiwała lekko głową w odpowiedzi i wbiła wzrok w pieniek, na którym przed chwilą siedzieli.
 - Mogę ci obiecać, że następnym razem gdy się pojawi, to ja się nim zajmę. Póki co to myślę, że najbardziej powinnaś bać się mnie. W końcu, nadal jesteś zdana na moją łaskę - na jego twarzy pojawił się chytry uśmieszek.
Dwudziestolatka lekko się skrzywiła.
 - Dzięki, że mi o tym przypomniałeś - powiedziała z wyrzutem.
 - To tak na wszelki wypadek - zaśmiał się - wiesz, skleroza nie boli. 
Wracali obok siebie. Całą drogę przeszli w milczeniu. Mimo, że Lesety nie chciało się tak wcześnie wychodzić na zewnątrz to w tej chwili była wdzięczna Horwisowi, że kazał jej wyjść. Było zimno  i trochę jeszcze ciemno, ale mimo to podobało jej się na dworze. Zwłaszcza, że jeszcze nie tak dawno w ogóle nie mogła wychodzić na zewnątrz. Więc w takich chwilach patrzyła na wszystko z większą fascynacją niż inni.
 - Wejdź do środka, a ja muszę jeszcze coś załatwić - powiedział Shane, gdy znaleźli się pod rezydencją.
Lesety od razu przeszło przez myśl, że Johnny może wykorzystać sytuację, że Horwisa nie ma w domu. Trochę się przestraszyła.
 - To ja... Pójdę do Jacka - wymamrotała, wchodząc do środka.
Nie chciała zostawać sama.
  Shane udał się do najbliższego miasta. Był głodny. Przemierzał autem ulice, poszukując swojej przyszłej ofiary. Był wściekły, gdy nie mógł znaleźć pojedynczej osoby. Nie mógł zwracać na siebie czyjejś uwagi, dlatego omijał zbiorowiska ludzi.
  Myślał także o Lesety, o tym co mu powiedziała. Było dla niego jasne, że Johnny ją po prostu uwiódł dla własnego celu. Pijąc jej krew stawał się silniejszy, korzystał z siły Horwisa, bo przecież Lesety miała w sobie cząstkę serca Horwisa. Zacisnął mocniej palce na kierownicy. Wkurzało go to, że Johnny i Alex mieli dostęp do jego prywatnej siły, że osłabiali go, używając tej siły.
  Zaparkował za miastem, udając się nad pobliskie jezioro. "Jest grudzień, więc może tam będę mógł zaspokoić głód. W końcu chyba za dużo ludzi tam nie będzie. A może właśnie jakieś pojedyncze osoby..." Przechodził przez plażę zasypaną śniegiem, a na jego twarzy pojawił się charakterystyczny uśmieszek, gdy zauważył kobietę, siedzącą na pomoście. Zakradał się do niej. Ona siedziała skulona. Kolana miała podciągnięte pod brodę. Słyszał, że płacze. Zauważył, że jej zimno, ale niezbyt się tym przejmowała. Zaczął czytać w jej myślach. Kucnął za jej plecami, odgarnął włosy z szyi za ucho i wyszeptał tuż nad jej policzkiem :
 - Sprawię, że to minie, że przestanie boleć, że już nigdy nie zapłaczesz... 
 - Kim je... - nie dał jej skończyć, wbijając kły w jej szyję.
Przycisnął jej plecy do swojego tułowia i pił. Chciała krzyknąć, ale zasłonił jej usta dłonią. Po chwili przestała się z nim szarpać. Stała się bezsilna, aż w końcu opadła w jego ramiona, już martwa. Wstał, przeciągnął się i przyjrzał się twarzy kobiety. Wyglądała na młodą. Miała jasną cerę i długie, czarne włosy.
 - I tak byłaś nieszczęśliwa - powiedział sam do siebie i odszedł, zrzucając ciało do jeziora, w miejscu, gdzie lód był stosunkowo słaby.

  Lesety siedziała w salonie, dalej czytając wybraną ostatnio książkę. Czuła się bezpiecznie, ponieważ Jack znajdował się w kuchni, czyli za ścianą. Sama nie chciała siedzieć w swoim pokoju. Przynajmniej nie wtedy, gdy Shane'a nie było w pobliżu.
 Nagle spomiędzy kartek coś jej wyleciało. Podniosła z podłogi białą kopertę, szczelnie zaklejoną. Obejrzała ją z każdej strony. Nic nie było na niej napisane, żadnych danych, zupełnie nic. Korciło ją, żeby otworzyć kopertę. "Jeżeli leżała zaniedbana w jednej z książek to chyba nie jest jakaś ważna."
Toczyła wewnętrzną walkę. "A jeżeli naruszę czyjąś prywatność?" Ściskała kopertę palcami, zastanawiając się co zrobić. "Mogę mieć potem wyrzuty sumienia." Odłożyła kopertę na bok i czytała dalej. Jednak niewiedza co jest w środku nie przestawała jej dręczyć."Tylko zerknę, to chyba nic takiego." Wzięła głęboki oddech, rozejrzała się czy nikt na nią nie patrzy i pospiesznie zaczęła majstrować, żeby otworzyć kopertę. Jednak na nic. Klej był bardzo mocny i nie chciał ustąpić. Próbowała jeszcze raz, gdy nagle usłuszała, że ktoś otwiera drzwi. Szybkim ruchem włożyła kopertę między kartki książki. "Żeby to tylko nie był Shane, błagam..." Spadł jej kamień z serca, gdy zobaczyła, że to Sebastian wrócił. "Całe szczęście, ale by mi się dostało."
 - Jak tam leci, Les? - Zagadnął wchodząc do salonu.
 - W porządku, ale... Coś ty tak późno wrócił z tych zaręczyn?
Wampir usiadł obok niej na sofie. Lesety poczuła, że strasznie bolą ją place dłoni, którą próbowała otworzyć kopertę. "Co jest?"
 - Pytasz, bo jesteś o mnie zazdrosna, czy pytasz bo się o mnie martwisz? - Uśmiechnął się do niej figlarnie.
Lesety zaśmiała się.
 - Jeszcze się pytasz! Dobrze wiesz, że jestem troszczącą się o ciebie zazdrośnicą - zażartowała.
Sebastian parsknął śmiechem.
 - Poznałem wczoraj taką jedną. Trochę z niej zołza. Piliśmy razem, potem tańczyliśmy, a potem...
Lesety spojrzała na niego pytająco. Uniosła znacząono brwi.
 - Nie, nie, nie, moja kochana. Nie robiliśmy nic z tych rzeczy, które do ślubu są zabronione - parsknął śmiechem - tylko... Pokłócilićmy się i to bardzo. Ta kobieta nie nadaje się do rozmowy. Przynajmniej nie ze mną.
Lesety zaśmiała się.
 - Skoro tak mówisz.
Poczuła, że palce i cała lewa dłoń zaczynają ją coraz bardziej boleć. Lekko się skrzywiła, odwracając twarz od Sebastiana, aby tego nie zauważył.  
 - A ty nie czytaj tyle, bo fantazja sprawi, że w prawdziwym życiu zaczniesz wyobrażać sobie Bóg wie co - uniósł znacząco brwi.
 - A może właśnie o to chodzi? Żeby wymagać od siebie i od życia czegoś więcej niż mamy - posłała mu lekki uśmiech.
Sebastian zastanowił się przez chwilę. Westchnął i skierował się do wyjścia z salonu. W drzwiach odwrócił się jeszcze do Lesety.
 - Coś w tym chyba jest - rzucił, zostawiając ją samą.
Lesety z przerażeniem zauważyła, że nie może w ogóle ruszyć lewą dłonią. Jakby straciła nad nią kontrolę, tylko cały czas czuła w niej ból. "To ta koperta" - przygryzła dolną wargę, nie wiedząc co zrobić z tym fantem.

  Lucy robiła porządki w domu Willa. Jeszcze nie przyzwyczaiła się do nowego miejsca, ale miała nadzieję, że będzie jej tu lepiej niż tam gdzie mieszkała do tej pory. "Chyba każde miejsce jest lepsze od tego gdzie musiałam znosić tego drania." Zawsze, gdy sobie o tym przypominała od razu zmieniała tor myślenia. Nie chciała o nim pamiętać. Nie chciała pamiętać o tym co się wtedy działo, o tym do czego ją zmuszał...  Nie chciała już więcej płakać przez niego i postanowiła tego nie robić. Obiecała sobie, że nie będzie o tym myśleć i pilnowała się, aby tak było.
 - Dzień dobry - rzuciła, gdy zobaczyła Willa, wchodzącego do kuchni.
Starała się być dla niego miła. Nie znała go, ale zawdzięczała mu życie, więc próbowała się w jakiś sposób odwdzięczyć.
 - Cześć - posłał jej lekki uśmiech - mam dla ciebie prezent. Zażaleń nie przyjmuję.
Rzucił jej na stół parę roboczych rękawic. Były już trochę zużyte, brudne, a materiał był nieco zniszczony.
 - Pomożesz mi - rzucił tonem, który nie liczył się ze sprzeciwem.
Will założył na dłonie drugą parę rękawic, jeszcze bardziej zniszczonych niż te, które dał Lucy. Dwudziestolatka założyła buty i kurtkę, a potem rękawice i ruszyła za Złodziejem Krwi. Wyszli na podwórko i udali się do drewnianej szopy. Była dość duża. W jedenym z jej kątów, po prawej stronie, leżały stare, nieużywane już rzeczy. W drugim stał metalowy stół z krzesłami, które wyciąga się na zewnątrz na wiosnę. Po lewej stronie od wejścia znajdował się pieniek z wbitą w niego siekierą. A pod przeciwną do wejśca ścianą leżały idealnie ułożone kupki drewna.
Lucy spojrzła pytająco na Willa. 
 - Robimy tak, ja rąbię drewno siekierą, a ty te porąbane układasz w kupki pod ścianą w taki sposób jak ja robiłem to do tej pory. Większość już sam załatwiłem, została końcówka.
Kobieta pokiwała lekko głową.
  Praca na początku szła im dość sprawnie. Will z niczym się nie cackał i swoje zajęcie wykonywał szybko i precyzyjnie. Lucy starała się za nim nadążyć. I choć na począku szło jej naprawdę nieźle, to po jakimś czasie poczuła zmęczenie. Musiała brać tyle kawałków drewna ile była w stanie udźwignąć, a potem jak najszybciej zanosiła je pod ścianę, gdzie starała się układać w taki sposób jak Will robił to wcześniej, ale nie wychodziło jej to tak dobrze.
 - Litości! Kobieto, czy ty kiedykowielk wcześniej miałaś do czynienia z drewnem? - Skrzyżował ręce na piersi i spojrzał na nią z politowaniem
 - Trzeba było mnie nauczyć - powiedziała z wyrzutem.
 - Trzeba było uprzedzić, że masz dwie lewe ręce.
Podszedł do niej i pokazał jej jak ma dalej układać. Zaśmiał się pod nosem, gdy zobaczył niektóre kawałki porzucane w taki sposób, że się krzyżowały i choć długośćią były prawie równe to Lucy niektóre kładła pod samą ścianą, a niektóre znacznie od niej odstawały. W efekcie powstały nieregularne, trochę porozrzucane kupki drewna.
 - Pozostało mi tylko się modlić, żeby to nie runęło - parsknął śmiechem.
Każde z nich wróciło do swojego zajęcia. Po ponad godzinie Lucy miała już dosyć.
 - Ja muszę chwilę odpocząć. Proszę - spojrzała na niego błagalnym wzrokiem.
 - Zostało już niewiele, sam to skończę. Ty idź do domu.
Lucy poczuła się  niepewnie.
 - Przecież ja zaraz... - nie dał jej skończyć.
 - Do domu, już! - Spojrzał na nią stanowczo - wykazałaś już się swoją niezręcznością - dodał śmiejąc się.
Posłuchała się go i poszła odpocząć. Zrobiła sobie herbaty, siadając w kuchni przy stoliku. Wzięła jedną z gazet leżących na stole i zaczęła ją przeglądać. Po kilku minutach usłyszała zgrzyt otwieranych drzwi. Podniosła wzrok znad gazety, gdy Will pojawił się w kuchni. Ściągnął rękawice, rzucając je w kąt kuchni na podłogę. Ściągnął bluzę, którą miał na sobie i usiadł na przeciwko Lucy.
 - Musiałem poprawić jakoś tą katastrofę, którą tam urządziłaś - parsknął śmiechem - dobrze, że chociaż gotować umiesz.
Lucy posłała mu uśmiech.
 - Myślisz o tym gnoju? - Zapytał nagle.
Na twarzy kobiety pojawił się natychmiastowy grymas.
 - Nie chcę ani o tym mówić, ani o tym myśleć. Zawsze, gdy przychodzą wspomnienia, od razu staram się myśleć o czymś innym. Więc proszę cię, nie mówmy o tym.
Will pokiwał głową. Widział po niej, że ten temat ją bardzo boli, więc postanowił go już nie poruszać. Chociaż uczucie współczucia nie było dla niego czymś codziennym, to gdy w tamtej chwili na nią patrzył... Po prostu dostrzegał jej ból, z którym sama się zmagała, który próbowała ukryć. Jakby myślała, że sama jest zdolna wszystko udźwignąć. Choć... W gruncie rzeczy właśnie to robiła. I chociaż uczucie współczucia, które poczuł nie było jakieś wielkie i wszechogarniające, tylko leciutko go dotknęło, to jednak dotknęło...
  Początek ich znajomości był dość dobry, choć dwudziestolatka nadal nie wiedziała czego ma się spodziewać po Willu. Cieszyła się, że ma on tak duże poczucie humoru. Choć w głębi duszy wiedziała, że potrafi być bardzo niebezpieczny, czego najlepszym dowodem jest to, co widziała, gdy ją uratował przed śmiercią. Była mu naprawdę wdzięczna za to, co dla niej zrobił. Dzięki niemu żyła i wydostała się z niewoli tamtego wampira.  
  Will podszedł do lodówki, przeglądając jej zawartość. Gwizdał sobie pod nosem.
 - Jestem cholernie głodny. A tu sama surowizna albo warzywa - przewrócił oczami z irytacją.
Lucy uśmiechnęła się pod nosem, wiedziała, że chce żeby mu coś przygotowała, bo samemu mu się nie chciało.
 - A co powiesz na pierogi? - Spojrzała na niego pytająco.
Oparł się bokiem o lodówkę.
 - Zależy jaki farsz robisz.
 - Taki, że przeprosisz mnie za drwiny dotyczące moich kupek drewna - rzuciła pewnym siebie głosem.
Will zaśmiał się.
 - Wysoko ustawiłaś poprzeczkę, ale niech będzie.
Lucy dopiła do końca herbatę, przygotowując sobie miejsce na blacie do pracy.

Cześć Wam :) Wiem, że rozdział dodaję znowu ze znacznym odstępem od poprzedniego. Przepraszam. Miałam z tym rozdziałem duży problem. I musiałam się z nim trochę zmagać. Bo były rzeczy, które musiałam tu umieścić, a niekoniecznie wiedziałam jak zrobić to we właściwy sposób. Ciężko mi jest powiedzieć co myślę o tym rozdziale. Coś wyszło, zobaczymy jak będzie dalej :>
Chciałam każdemu z Was szczerze podziękować za czytanie, za komentowanie, za bycie tutaj.
Jeżeli to czytasz to wiedz, że jesteś dla mnie bardzo ważny i doceniam Twój czas, który dla mnie poświęcasz.
Trzymajcie się, kochani.






























sobota, 20 maja 2017

Rozdział 9

  Była już późna noc. Lesety jednak jeszcze nie spała. Czytała książkę, którą zabrała do swojego pokoju. Akcja pochłonęła ją do tego stopnia, że nie mogła się oderwać i nie zważała już na to, że nastała noc.
  Po nauce czytania, Jack, zostawił ją samą i wrócił do siebie. Czas, który razem spędzili był przyjemny dla obojga. Coraz lepiej się rozumieli, choć Jack nadal był bardzo zamknięty w sobie.
  Nagle usłyszała hałas za oknem. Spojrzała się w tamtą stronę, ale nie zauważyła nic niepokojącego. Zlekceważyła to. Wróciła do czytania. Po chwili ktoś uderzył kilka razy pięścią w okno. Lesety natychmiast podniosła się z łóżka, chowając książkę pod poduszkę. Podeszła bliżej parapetu. Popatrzyła na zewnątrz, ale nikogo nie widziała. Po chwili znowu rozległo się głośne walenie pięścią. Tylko, że tym razem wyraźnie widziała czyjąś dłoń. Serce zaczęło bić jej o wiele za szybko. Okno było uchylone, więc bez problemu usłyszała szyderczy głos jej dręczyciela.
 - Jak się czujesz, moja kochana blondyneczko? Pamiętasz mnie?
Lesety coraz ciężej było złapać oddech. Znała ten głos... Znała aż za dobrze. Brzuch ją zaczął boleć ze zdenerwowania. Zobaczyła twarz za oknem i poczuła słabość w nogach, gdy uświadomiła sobie, że się nie pomyliła. Usłyszała śmiech. "To on..." Wybiegła z pokoju i skierowała się do kuchni. "Nie wrócę tam!" Była przerażona.

  Will posadził przyprowadzoną kobietę przy stole w kuchni. Dowiedział się od niej, że ma na imię Lucy i z przymusu była kochanką jednego z wampirów, którego Will zabił w lesie.
 - To dlaczego oni chcieli cię zabić? - Usiadł po drugiej  stronie stołu, patrząc na nią spod przymrużonych powiek.
 - Bo powiedziałam jego żonie prawdę. O tym, że ją zdradza i to nie tylko ze mną.
Kobieta spuściła głowę. Wspomnienia do  niej wracały. Przypominały jej się te wszystkie noce, kiedy tamten wampir nie dawał jej spokoju, kiedy zmuszał ją do robienia rzeczy, których nie chciała. Pragnęła zapomnieć o tym...
 - A musiałam powiedzieć jej prawdę, bo ona na to zasługiwała. Nie mogłam już wytrzymać tego wszystkiego.
Po jej policzkach spłynęło parę łez, ale zaraz je wytarła. Will odgarnął włosy, które opadały mu na  czoło, aby lepiej się przyjrzeć Lucy. Była średniego wzrostu szatynką. Włosy sięgały jej lekko za ramiona. Miała duże, czarne oczy.    
 - Ile masz lat?
 - Dwadzieścia - szepnęła.    
Will stanął przed nią, podnosząc dłonią jej głowę do góry. Patrzył jej prosto w oczy.
 - Zostaniesz moją służącą. Będziesz wypełnia moje polecenia w ramach rekompensaty za uratowanie życia, rozumiesz?
Lucy pokiwała twierdząco głową. Na twarzy Willa pojawił się chytry uśmieszek.
 - Ja muszę wyjść, a ty zrób mi coś do jedzenia, w przeciwnym razie - spojrzał na nią znacząco - sama się nim staniesz.
Złodziej Krwi wyszedł z domu. Podobał mu się zapach Lucy. Myślał o smaku jej krwi, która z pewnością by mu posmakowała. "Zawsze mogę jej spróbować" - zachichotał w myślach.

  Horwis właśnie wychodził z auta. Już miał wejść do swojej rezydencji, gdy zauważył przed wejściem Francka Crasa.
 - Dowiedziałem się czegoś ciekawego o naszym ulubionym wrogu, czyli Willu - Franck uśmiechnął się szyderczo.
 - Co wiesz? - Shane popatrzył na niego badawczo.
 - Znasz małżeństwo Colser?
 - Mówisz o Elizabeth i Jasonie. Tak, znam. To rodzice Willa.
Franck  zaśmiał się pod nosem.
 - Właściwie to nie do końca - skrzyżował ręce na piersi - dowiedziałem się, że to nie są jego prawdziwi rodzice. On jest ich przybranym bachorem.
Franck i Shane pojrzeli na siebie porozumiewawczo.
 - A to ciekawe - Shane zmrużył oczy, analizując to czego się dowiedział - jakoś nigdy nie chwalili się tą informacją.
 - Postaram się dowiedzieć o co w tym chodzi. Ale jest jeszcze coś - Franck westchnął - twoja znajoma Scarlett dość często widuje się z Willem.
Shane zaśmiał się głośno.  "Wiedziałem, że z niej niezłe ziółko" - pomyślał.
 - Zajmę się tym  - rzucił Horwis - dobrze się spisałeś, stary.
Pożegnali się  i Shane wszedł do środka. "Muszę się dowiedzieć co Scarlett ma wspólnego z Willem. Chyba jej nie doceniłem."
  Horwis spostrzegł światło w kuchni, wiec udał się tam. Zobaczył Lesety, siedzącą pod ścianą, skuloną, z nogami dociśniętymi do tułowia. Oparła głowę na kolanach i miała zamknięte oczy. Otworzyła je w chwili, gdy usłyszała, że ktoś wchodzi do kuchni.
  Shane stanął nad nią z rękoma skrzyżowanymi na piersi.
 - Co tutaj się dzieje?
Lesety milczała. Shane kucnął naprzeciwko niej, aby mieć twarz na wysokości jej twarzy.
 - Jest późno. Idź spać.
Dalej milczała. Horwis westchnął głośno.
 - Odezwij się! Cholera jasna - warknął.
 - Nie wrócę na noc do tego pokoju - wymamrotała.
Wiedziała, że on nie odpuści tak łatwo, ale bała się teraz tam spać. Była naprawdę przerażona.
 - Tam ktoś jest za oknem, walił w nie pięścią. Widziałam czyjąś twarz - nie chciała mu powiedzieć, że znała tego wampira, który ją tak przestraszył.
Chciała mu to przekazać później.
 - To pewnie jakiś debil próbował cię przestraszyć - westchnął.
Lesety schowała twarz w dłoniach. Nie chciała wracać do tego pokoju. "W innych pomieszczeniach chyba on się nie pojawi. Nie odważy się ze względu na Horwisa..." - Pomyślała. Shane wstał, wyprostował się i zapalił papierosa. Oparł się o blat kuchennej szafki, co chwilę spoglądając na dziewczynę, która nie zmieniała swojej pozycji.
 - Czyli po dobroci nie pójdziesz do siebie? - Wypuścił dym z ust.
Lesety podniosła głowę i spojrzała na niego. Widziała pewność siebie w jego oczach. Przeszywał ją wzrokiem. Poczuła się przez niego jeszcze gorzej.
 - Nie chcę tam iść spać - wyszeptała.
Złodziej Krwi zgasił papierosa. Znowu kucnął naprzeciwko niej.
 - Skoro sama nie chcesz, to ja ci chętnie pomogę - zaśmiał się, po czym chwycił ją oburącz, zarzucił sobie jej ciało na ramię i przemieszczając się w nadludzkim tempie znalazł się w jej pokoju.
Rzucił ją na łóżko, a sam wychylił się przez okno.
 - Nikogo tu nie ma - rzucił.
 - Shane, ja... - wbiła wzrok w podłogę - naprawdę nie chcę tu zostawać sama dzisiejszej nocy.
 - Mam to potraktować jako zaproszenie? - Uniósł brwi.
Lesety zrobiła się cała czerwona. Nie chciała, żeby to tak zabrzmiało. Ale bała się. Jej łóżko stało jeszcze tak blisko tego okna. "Nie dam rady..."
 - Nie o to chodzi, tylko... Może mogłabym spać w salonie?
Spojrzał na nią zdziwiony. "Ktoś musiał ją naprawdę solidnie nastraszyć, albo..."
 - Coś przede mną ukrywasz - rzucił stanowczo - O co chodzi?
Podszedł do niej, odgarnął jej grzywkę do tyłu i spojrzał w oczy. Zaczęła się wić pod jego wzrokiem.
 - Powiem, ale nie dzisiaj, proszę - spojrzała na niego błagalnie. 
Shane zmrużył oczy, nie odrywając od niej wzroku ani na chwilę.
 - Dobra, ale... Pamiętaj, że drogo zapłacisz za moją cierpliwość - na jego twarzy pojawił się diabelski uśmieszek.
Poszli do salonu. Lesety położyła się na sofie. Naciągnęła na siebie koc. Dziwnie się czuła, gdy Horwis obserwował każdy jej ruch. Krępowała się przy nim. W końcu on był istotą nadnaturalną, więc miała prawo odczuwać wobec niego respekt. Częściowo się go bała, częściowo czuła się nikim wobec niego i nadal mu do końca nie ufała. Ale musiała sama przed sobą przyznać, że było coś w nim, co ją choć trochę  fascynowało. Nie wiedziała tylko co.
 - Trochę mnie zawstydzasz - wymamrotała, gdy cały czas na nią patrzył, oparty o ścianę.
Horwis zaśmiał się pod nosem, wkładając ręce w kieszenie.
 - W takim razie do zobaczenia rano.
Opuścił salon i udał się do siebie. Lesety ułożyła się wygodnie i próbowała zasnąć. Ale nie mogła przez tego drania, który wrócił, aby ją dręczyć. Jak się czujesz, moja kochana blondyneczko? - Jego słowa krążyły jej po głowie. Nie chciała o nim myśleć. Potrzebowała snu. Bardzo chciała zasnąć, aby już nie myśleć o niczym.

  Scarlett wracała w nocy do domu. Shane miał ją odwieść autem, ale gdy została połowa drogi do jej domu, wysiadła z samochodu. Powiedziała Złodziejowi Krwi, że dalej pójdzie pieszo, bo potrzebuje się przejść. Pogrążyła się w myślach do tego stopnia, że nie zauważyła w ciemnościach, że ktoś ją śledził.
  Szatynka weszła po schodkach na weradnę. Wyciągnęła klucze z torebki. Już miała włożyć je do zamka, gdy usłyszała czyjś śmiech. Rozejrzała się dookoła siebie. Zeszła po schodkach na dół i znów usłyszała ten sam szyderczy śmiech. Zauważyła jakąś postać, opierającą się o ścianę jej domu. Podeszła bliżej, by przekonać się, że to Will. Spojrzał na nią wyzywająco, miał rozbawiony wzrok.
 - Co cię tak bawi? - Warknęła.
Złodziej Krwi stał oparty plecami o ścianę. Między palcami trzymał papierosa.
 - Śledziłem cię, nie zauważyłaś? - Uniósł znacząco brwi.
 - Nawet jeśli, to co z tego? - Skrzyżowała ręce na piersiach.
Will zaciągnął się papierosem. Scarlett patrzyła na niego z wściekłością. "Po co znowu przyszedł? Chce mi jeszcze bardziej namieszać w głowie? Po moim trupie!"
 - Przez całą drogę oddawałaś się intensywnej refleksji. A ja trochę poszperałem w twoich myślach - Rzucił jej wyzywające spojrzenie.
Zgiął jedną nogę w kolanie, stopę opierając o ścianę. Scarlett zacisnęła pięści.
 - Czytałeś w moich myślach?        
Will uśmiechnął się figlarnie. Rzucił papierosa w śnieg. Podszedł bliżej niej. Złodziej Krwi położył dłonie na jej biodrach, przyciągając ją do siebie. Ich twarze dzieliły centymetry.
 - Wiem, że zlekceważyłaś moje zadanie. Ale tak jak mówiłem, poradzę sobie i bez ciebie. Masz szczęście, że nie wydałaś tego co planuję.
Patrzyli sobie w oczy. Serce Scarlett biło o wiele za szybko... "Tylko nie to!" - Skarciła siebie w myślach.
 - Odsuń się ode mnie - rzuciła ostro. 
Will zaśmiał się. Odgarnął sobie włosy z czoła, bo cały czas mu przeszkadzały. Już dawno się nie strzygł. "Muszę wreszcie ściąć to cholerstwo".
 - Wiem dobrze, że nie chcesz, abym się odsuwał. Podoba ci się ta bliskość.
 - Wcale nie!  - Wyszarpała mu się, ale nie na długo.
Złodziej krwi przyciągnął ją do siebie. Jej plecy stykały się teraz z jego tułowiem. On jedną ręką złapał ją w talii, mocno ściskając, a drugą bawił się jej włosami. Przybliżył usta do jej ucha.
 - Widziałem co dzieje się w twojej głowie, dużo tam mnie, prawda? - Wyszeptał.
Scarlett dostała gęsiej skórki.
 - Zadziwiasz mnie, wiesz? Myślałem, że nie potrafisz odczuwać w stosunku do innych pozytywnych emocji - dalej szeptał, gładząc dłonią jej włosy - a tu proszę... 
 - Daj mi spokój! - Rzuciła zdenerwowana.
"Wcale nie podoba mi się jego bliskość... Ani jego dotyk, ani szept... Nie może mi się to podobać."
 - A jednak podoba - zaśmiał się nad jej uchem.
 - Znowu czytasz moje myśli - warknęła.   
Zaczęła wierzgać na wszystkie strony, ale to nic nie dało. Jego uścisk na jej talii stał się tylko coraz mocniejszy. Poczuła jak jej plecy silniej przylegają do jego tułowia.
 - Wiesz, co mnie jeszcze zadziwia? - Oparł głowę na jej ramieniu, ponownie zbliżył usta do jej ucha, jednocześnie odgarniając na bok jej włosy - to, że przespałaś się z Horwisem, choć cały czas myślałaś o mnie.
Scarlett ponownie zacisnęła dłonie w pięści. Była wściekła na niego. Chciała się od niego uwolnić, przestać do niego cokolwiek czuć, a on jej to bardzo utrudniał.
 - Zostaw mnie - rozkazała.
 - Uspokój się, Scar - wyszeptał, delikatnie całując ją pod uchem.
Poczuła dreszcze na całym ciele. "Tego już za wiele" - pomyślała. Zaczęła się z nim szarpać. W końcu ją puścił. Ponownie spojrzeli sobie w oczy. Scarlett pokręciła głową z dezaprobatą i wbiegła do domu.
  Will włożył ręce w kieszenie, kopiąc nogą śnieg. Wiedział co Scarlett do niego czuje, ale wiedział też, że ona nigdy się do tego nie przyzna. "Będzie się wypierać, aż do skutku." - Pomyślał. A on sam nie wiedział co do niej czuje. Było coś w niej co mu się bardzo podobało i nie mógł temu zaprzeczyć. "Coś jednak mnie ciągnie do tej zawziętej istoty." Ale on także nie miał zamiaru jej tego powiedzieć.

Cześć Wam. Miałam trochę problem z tym rozdziałem, bo miałam kilka wizji jak poprowadzić poszczególne sceny. No, ale w końcu jakoś powstał. Jest w nim wszystko co chciałam  zamieścić.
Nesso i Adno, dziękuję Wam za to, że dodałyście mi skrzydeł i dzięki Wam nabrałam przekonania co do tego, co ostatnio tu stworzyłam. :)
To do napisania. Trzymajcie się, kochani ^^ Ściskam Was.





sobota, 29 kwietnia 2017

Rozdział 8

  Scarlett była osobą, której Will płacił za pewne zlecenia. Zawsze była niezawodna. Złodziej Krwi mógł na nią liczyć. Cechowała ją przede wszystkim determinacja, asertywoność i to, że wykonując "brudną" robotę potrafiła odrzucić na bok wszelkie swoje uczucia. Często postrzegano ją jako bezduszną. A wzięło się to z tego, że w wielu sytuacjach była bezwględna tak samo wobec innych, jak i wobec samej siebie.
  Kolejny raz miała wykonać zadanie dla Willa. Musiała zdobyć jak najwięcej informacji o Horwisie, a przede wszystkim znaleźć jego słaby punkt. Tylko tym razem coś się zmieniło. Czuła jakąś presję w sobie i bardzo jej się to nie podobało. Czuła, że nie może zawieść Will'a. Nigdy tego nie zrobiła, ale nigdy też nie obawiała się, że nie podoła jakiemuś z jego zadań. To dlaczego tym razem czuła strach, że go rozczaruje?
  "Dlaczego tak bardzo chcę mu zaimponować? Dlaczego w ogóle kolejny raz o nim myślę?" W jej głowie cały czas pojawiały się pytania. Wiedziała, że Will jej się spodobał, że chyba coś do niego czuła. Ale wypierała to z siebie całą sobą. Była wściekła na siebie, że na jego widok traciła nad sobą panowanie, że nie potrafiła uspokoić serca. Nie chciała się zakochiwać. W nikim, a już szczególnie nie w nim...   
  "To przejściowe. Przejdzie mi! Musi.... Powinnam tylko zająć czymś głowę, żeby on nie zajmował tam za dużo miejsca". Postanowiła nie myśleć o nim więcej. Musiała jakoś pozbyć się tego dziwnego, nowego dla niej uczucia. "Miłość? Nie, nie, to nie wchodzi w grę!"
  - Cześć śliczna, zatańczysz ze mną? - Głos nieznanego Scarlett Złodzieja Krwi wyrwał ją z zamyślenia. 
Siedziała przy stole obok Shane'a. Naprzeciwko nich byli narzeczeni - Thomas i Hope. Szatynka popatrzyła z dezorientacją na obcego jej bruneta. Ten przeczesał ręką włosy i mrugnął do niej porozumiewawczo.
 - Nie mam ochoty - Scarlett spojrzała mu w oczy.
 - Tak? No to gwarantuję ci, że będziesz żałować - roześmiał się jej w twarz.
"Chyba komuś trzeba utrzeć noska" - pomyślała.
 - A wiesz, chyba jednak zatańczę. Ale, żebyś mi nie zrobił wstydu na parkiecie to pójdę z Horwisem.
Uśmiechnęła się do niego chytrze. Złodziej Krwi na chwilę stracił rezon. Zacisnął pięści.
  Scarlett chwyciła Horwisa za rękę i poprowadziła na parkiet. Palce jednej dłoni spletła z jego palcami, a drugą położyła mu na ramieniu. Spojrzała z triumfem na bruneta, który chciał z nią zatańczyć, ale tamten zdążył już się odwrócić plecami do niej. Zaśmiała się pod nosem i starała się skupić na tańcu. Gdy popatrzyła na Horwisa przypomniało jej się o zadaniu od Willa, które coraz mniej miała ochotę wypełnić. Miała dość tego, że tamten w jakiś sposób siedział jej ciągle w głowie.
Popatrzyła znowu na Shane'a, a ten wywrócił oczami.
 - No co? - Uśmiechnęła się.
"Skupię się na tańcu z Horwisem i zapomnę o Willu. Wcale nie chcę mu zaimponować. Nie potrzebuję tego!"
 - Zawsze musisz być górą? - Uniósł wymownie brwi.
Szatynka obnażyła kły, mrużąc oczy.
 - Lubię stawiać na swoim. Nie znoszę, gdy ktoś mi mówi co mam robić.
"Zwłaszcza nie znoszę, gdy to Will mówi mi co mam robić..."
Shane parsknął.
 - To tak jak ja. Dlatego to z tobą tutaj przyszedłem.
 - A ja dlatego się zgodziłam - posłała mu chytry uśmieszek.
Odzwajemnił jej gest. Potem uniósł rękę  do góry, a Scarlett się obróciła wokół własnej osi.
  Nie znali się jeszcze za dobrze, ale szatynka zdążyła już polubić Horwisa. Czuła, że są do siebie bardzo podobni. I przy nim mogła przestać myśleć o Willu. Podobało jej się to, że Shane nie wzbudzał w niej żadnych ważniejszych uczuć, poza zwykłą sympatią. "Pieprzyć Willa! Mam gdzieś jego zlecenie. Dzisiaj stawiam na dobrą zabawę. Nie chcę się już martwić tym, że mogę go rozczarować." Zdawała sobie sprawę, że pierwszy raz go zawiedzie. Ale czuła, że musi tak postąpić. Nie chciała pozwolić, aby on miał wpływ na jej uczucia. Nie chciała, żeby myślał, że zależy jej na jego uznaniu. Postanowiła zlekceważyć powierzone jej zadanie. Tak po prostu...
 - Znam cię z zaledwie kilku przypadkowych spotkań, które zaliczyliśmy, ale słyszałem o tobie różne opinie. 
Przybliżyli się do siebie. Ich ciała przylegały do siebie, a oni poruszali się powoli w rytm muzyki.
 - Na przykład? - Spojrzała na niego badawczo.
 - Ponoć jesteś bezwzględna i nie masz hamulców w wielu sprawach - na jego twarzy pojawił się diabelski uśmieszek.
 - No to dobrze słyszałeś.
 - W takim razie się dogadamy.
Spojrzeli sobie w oczy, uśmiechając się do siebie i myśląc o tym samym... Musieli tylko poprosić Thomasa i Hope o wolny pokój.  
 
  Zaręczyny odbywały się w domu Thomasa i Hope. Ogromny salon był specjalnie wystrojony na tę uroczystość. Stół sięgał od jednego końca pomieszczenia do drugiego, a ilość jedzenia znacznie przerastała możliwości zaproszonych gości. Przy kominku stało kilka osób, popijając drinki. Reszta, albo siedziała przy stole, albo bawiła się w części salonu, z której uczyniono parkiet. Cała uroczystość była bardzo huczna, przypominała nawet wesele, a nie tylko zaręczyny.
  Jessica stała przy kominku już dobrą chwilę. Zapatrzyła się w Horwisa i Scarlett, którzy właśnie skończyli tańczyć i rozmawiali z Thomasem. Było tak głośno, że Jess nie mogła usłyszeć o co chodziło, nawet pomimo świetnego słuchu. Uważnie przyglądała się każdemu ruchowi Shane'a, jakby zapisując je w głowie.
  Nagle poczuła jakiś ciężar na ramieniu. Obróciła twarz w tamtą stronę i zobaczyła Sebstiana, który oparł się o nią jak gdyby nigdy nic, choć w rzeczywistości w ogóle się nie znali.
 - Mógłbyś z łaski swojej się ode mnie odsunąć? - Powiedziała pretensjonalnie. 
 - Sorry, zamyśliłem się - uśmicehnął się do niej.
 - I przystopuj z alkoholem, cuchnie od ciebie - rzuciła z dezaprobatą.
Wampir zmierzył ją wzrokiem od góry do dołu, w  końcu natykając się na jej wściekłe spojrzenie. Tyle, że to nie na Sebastiana była tak wściekła, tylko na Horwisa. Złodziej Krwi był z nią ostatnio szczery i dał jej do zrozumienia, że nigdy jej nie pokocha. Nie mogła mieć o to do niego pretensji, jednak czuła rozczarowanie... Przecież zapomnieć o kimś ważnym jest bardzo trudno. Jak można kazać sercu, żeby przestało bić tak szybko dla tej jedenj osoby? Jessica nie potrafiła sobie z tym poradzić, a swą złość wyżywała na Sebastianie.
 - Kim ty jesteś, żeby mówić mi co mam robić?
 - A ty kim jesteś, żeby się na mnie tak obleśnie gapić?
Sebastian westchnął poirytowany.
 - Nie gapię się obleśnie, tylko sprawdzam z kim mam do czynienia.
Jessica wywróciła oczami.
 - I do jakiego wniosku doszedłeś?
Spojrzeli sobie twardo w oczy.
 - Do takiego, że mam do czynienia z szurniętą laską, która gapi się na Horwisa jak zahipnotyzowana i pewnie wydaje jej się, że to jej książę na białym koniu. Sorry, ale on nie przyjedzie, bo Shane Horwis to nie typ romantyka, o którym można marzyć, a ja idę się napić.
Zostawił ją samą. Jess ponownie spojrzała w stronę Shane'a i Scarlett i widziała jak Thomas coś im tłumaczył, a potem jak Horwis z kobietą wyszli z salonu. Dobrze wiedziała co się święci. "Poszli zająć się sobą nawzajem" - pomyślała ze smutkiem. Dosiadła się do Sebastiana. 
 - Napiję się z tobą.
Spojrzał na nią zdezorientowany.
 - To już nie cuchnę alkoholem?  
 - A ja nie jestem szurniętą laską, gapiącą się na Horwisa?
Spojrzeli sobie w oczy.
 - Przepraszam, że tak na ciebie naskoczyłam, wybacz - uśmiechnęła się do niego.
Odwzajemnił jej gest.

  Lesety, korzystając z nieobecności Shane'a, przeglądała książki w salonie. Ułożyła je przed sobą na stoliku, wygodnie siadając na sofie. Czytała opisy umieszczone na okładach i układała sobie książki w kolejności od tej, która najmniej jej się spodobała. Najbardziej zainteresowało ją jedno z dzieł pani Fitzpatrick. Przebiegła szybko do swojego pokoju, chowając książkę pod poduszkę. Nie zauważyła, aby ktokolwiek z domowników w jakiś sposób interesował się czytaniem, ale jednak wolała, aby to jedno puste miejsce na regale pozostało niezauważone.
  Gdy wychodziła ze swojego pokoju wpadła na Jacka.
 - Przepraszam, nie zauważyłam cię - uśmiechnęła się niepewnie do niego.
 - Jesteś zdenerwowana - wyszeptał, spuszczając głowę.
Lesety chciała ukryć zmieszanie, zaczęła odruchowo przeczesywać ręką włosy.
 - Wydaje ci się - skłamała.
Minęła go i skierowała się do salonu. Poszedł za nią.
 - Pamiętasz co mi ostatnio powiedziałaś o samookaleczaniu  i o moim bracie?
Lesety skinęła potakująco głową. Jack wbił wzrok w podłogę, ręką nerwowo masując szyję.
 - Pomogło - lekko się uśmiechnął - dziękuję. Tylko o nic nie pytaj, bo ja... Nie chcę więcej o tym mówić.
 - No... dobrze.
Spojrzeli sobie nieśmiało w oczy. Zaczynali się lubić. Ona przy nim czuła się bezpieczniej i swobodniej niż przy Shane'ie. A on miał poczucie, że jest ktoś, kto nim nie gardzi, kto w jakiś sposób choć trochę go rozumie.
 - Co robisz? - Spytał spoglądając na książki i zmieniając temat rozmowy.
 - Układam je w kolejności od tej, która najmniej mnie interesuje z opisu. Lubię czytać.  Siedziałam przez lata w zamknięciu, ale poznałam pewnego przyjaznego wampira, który nauczył mnie podstawowych rzeczy, w tym czytania.
Jack uśmiechnął się smutno, patrząc na książki.
 - Wstyd się przyznać, ale ja nie... - Nagle urwał, odwracając wzrok.
 - Nie potrafisz czytać, tak? - Dotknęła delikatnie jego ramienia.
Pokiwał twierdząco głową.   
 - Mam wielkie problemy z koncentracją i też... Wie... Wiele rzeczy jest dla mnie za... za trudnych - zaczął się trochę jąkać.
Każdy nauczyciel jakiego kiedykolwiek miał po kilku godzinach rezygnował. Jack miał naprawdę duże problemy z przyswajaniem wiedzy.
 - Myślę, że we dwójkę damy radę, co? - Posłała mu olśniewający uśmiech - nauczę cię czytać.
 - Możemy spróbować.

  Will opierał się o jedno z drzew. Znajdował się mniej więcej w środku lasu. Złodziej Krwi uważnie przyglądał się grupie wampirów, które znalazły się niedaleko niego. Nie widzieli go, bo stał ukryty w cieniu, kawałek od nich, poza tym drzewa znajdowały się tam blisko siebie, trudno było cokolwiek zauważyć. W dodatku oni niezbyt interesowali się otoczeniem, mieli głowy zajęte czymś innym. Było ich siedmiu i prowadzili ze sobą jakąś kobietę, śmiertleniczkę. Will poczuł jej zapach. Spodobał mu się.
Jeden z wampirów, rzucił kobietę na ziemię, wylądowała twarzą w śniegu. Gdy próbowała się podnieść inny z nich zaczął kopać ją w plecy. Zaczęła głośno płakać, wręcz ryczeć z bólu. Kolejny z wampirów zaczął zaciskać rękę wokół jej gardła.
 - Zapłacisz mi, zdziro! Za wszystko - zaśmiał się okrutnie. 
Ściągnął z niej kurtkę, pozostawiając w koszulce z krótkim rękawem, podczas gdy panowała sroga zima. Kobieta zaczęła dygotać. Było jej okropnie zimno. Tamci jednak na to nie zważali. Śmiali się z niej. Chcieli, żeby cierpiała.       
  Will bezszelestnie przybliżył się do nich.
 - Zrobię tak, aby twój ból trwał jak najdłużej - odezwał się ten sam, który mówił wcześniej.
 - Podoba mi się ta zabawa, chętnie się przyłączę - rzucił Will, wychodząc przed nich - tylko nie obraźcie się, ale zmienię trochę reguły - zaśmiał się.
Zapanowała cisza. Wampiry patrzyły się po sobie. Byli zaskoczeni czyjąś obecnością w tym miejscu.  
 - Odpieprz się, szczeniaku!  - Warknął jeden z nich.
Will był jeszcze młodym Złodziejem Krwi i to było widać. Wyglądał na około dwadzieścia pięć lat. Dlatego nie zdziwiło go, że tamten nazwał go szczeniakiem.
 - Ile mam wam dać czasu na ucieczkę, co? Tylko tak, żebyście sobie nóg po drodze nie połamali. Szkoda by było - parsknął.    
 - Jesteś jeden, a nas siedmiu - wybuchnęli śmiechem - zajmij się lepiej czymś pożytecznym, młody.
Will przekrzywił lekko głowę, a jego wargi wykrzywił figlrny uśmieszek. Skrzyżował ręce na piersi.
Spojrzał na tego wampira, który rękoma przytrzymywał kobietę. Zmrużył oczy, a tamten zaczął się palić. Ogień zajął całe jego całego. Will przeniósł spojrzenie na kolejnego wampira i uczynił z nim to samo. Krzyki tej dwójki rozniosły się po lesie. Krzyczeli z bólu, wyli. Obaj padli na kolana, nadal płonąc. Od zwykłego ognia by nie umarli, ale ten który był wyzwalany przez wzrok Willa miał nadzwyczajne możliwości. Po kilku minutach na śniegu leżały dwa trupy. W powietrzu unosił się smród spalenizny. Will popatrzył na pozostałą piątkę wampirów i uniósł znacząco brwi, śmiejąc się.
 - No tak jak? Wiejecie? - Parsknął.
Popatrzyli na niego zdumieni. Nie minęło dziesięć sekund, a ich już nie było. Will dysponował podobnymi mocami jak Shane, tylko do tej pory oprócz niego samego i jego zastępczych rodziców, nikt o tym nie wiedział. On tak samo jak Horwis mógł wzniecać ogień wzrokiem czy zamrażać samym oddechem.
  W lesie pozostał tylko on i kobieta, nad którą przed chwilą się znęcano. Złodziej Krwi zbliżył się do niej. Stanął przed nią i odgarnął jej włosy z oczu. Ona była tak przerażona, że nie była w stanie się ruszyć. Jej oddech stał się niespokojny. Złodziej Krwi podniósł z ziemi jej kurtkę i założył jej na ramiona.
 - Pójdziesz za mną! - Spojrzał jej twardo w oczy - należy mi się zapłata za uratowanie ci tyłka.
Kobieta skinęła lekko głową. Nie była w stanie niczego powiedzieć. Ruszył przed siebie, a ona za nim.
 - I radzę ci się pospieszyć, bo zamarzniesz - obrócił się do niej z figlarnym uśmieszkiem na twarzy.

Cześć Wam :) Chciałabym ten rodział zadedykować White And Red Rose i Nessie. Jestem Wam wdzięczna za samo to, że Was mam, za to, że czytacie, że mi pomagacie, za Wasze komentarze i motywację, którą mi w nich dajecie :> Jesteście wspaniełe, dziewczyny. Dziękuję.
Bardzo dziękuję.

A co do rozdziału to, sama nie wiem, co mam napisać. Na początku nawet mi się podobał. Ale teraz, gdy go czytam, to tak nie do końca jestem zadowolona.  A w dodatku od poprzedniego rozdziału czuję, że coś robię nie tak. Coś chyba psuję...
Mam mętlik w głowie. Powiedzcie mi prawdę, nawaliłam? Bo już nie wiem czy to tylko moje przeczucie czy naprawdę tak jest.
Jeżeli tu jesteś i to czytasz to wiedz, że to bardzo doceniam i dziękuję Ci.
Trzymajcie się, kochani.